NASTĘPNA SESJA:

Z powodu czasoprzestrzennego rozproszenia graczy planuję rozruszać tą kampanię za pomocą dostępnego na podstronie forum (link powyżej). Chcę poprowadzić narrację w formie postów zamieszczanych przez graczy i MG.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blake. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blake. Pokaż wszystkie posty

09 września 2010

Opowieść Blake'a

Zaczyna się ta opowieść w obozie Rinaldo, syna Branda, do którego zabrał ciężko poranionego Blake'a ze zrujnowanej świątyni Jednorożca. Towarzyszy im Beniamin, bratanek księżniczki Kaliope z panującej rodziny Królestwa Karelii.

Obóz był przygotowany przed przybyciem trójki podróżnych, ale wygląda na zupełnie prowizoryczny: ognisko, trochę zebranego chrustu, koń, muł i niewielki namiot koczowników. Wszystko dobrze ukryte w gęstym jesionowym zagajniku nad strumieniem.

Beniamin wreszcie ma szanse opowiedzieć o tym jak wyruszył z Pałacu Letniego szukać pomocy dla oblężonych, jak po drodze zdradzili go wieśniacy i przez tydzień uciekał pościgowi.

Rinaldo starał się dopytywać go o niepokojące i dziwne rzeczy jakie widział po drodze, ale prócz zrabowanych wozów kupieckich i dziwnych postaci widywanych czasem nocami przez ludzi nie było nic co bardziej zainteresowałoby pytającego. Sam Rinaldo wydaje się ciągle dość pogodny i beztroski. Woda ze strumienia i opatrunki niemal cudownie goją rany Blake'a i łagodzą ból.

Rinaldo prorokuje, że do następnego wieczora Blake będzie już zdrowy jak ryba. Dowiedziawszy się jaka była rola Blake'a w całej rebelii i bitwie w świątyni, nie chce opowiedzieć swojej historii i obiecuje zaproponować korzystny dla wszystkich plan działania kiedy Blake będzie w pełni zdrów.

Co dalej?

- Słuchaj chłopie, nie wiem skąd się tutaj wziąłeś i jaka jest Twoja rola w tym wszystkim, ale musisz mi pomóc! Mój przyszły-niedoszły teść jest uwięziony w mieście a gdzieś w tych lasach podobno stacjonują rojaliści. Nie ma czasu do stracenia - tym razem Korniłow przyjedzie na czas i czerwona hołota przegra z kretesem!

Blake rozmasował bolące przedramię i nadwerężoną kostkę po czym uważnie wpatrywał się w Rinaldo, jakby oczekując jakiejś reakcji. Znudzony przedłużającą się ciszą, spróbował jeszcze raz:

- Dobra, może inaczej. Znasz moje plany na najbliższych parę godzin. Zamierzam stłumić pewną rebelię i zabieram ze sobą młodego. Przyłączasz się czy nie? I co tak właściwie tutaj robisz? Ok, może trochę pomogłeś mi w tej świątyni - dzięki za uratowanie tyłka - ale dobrze byłoby jakbyś w końcu, job twoja mać, przestał się do mnie tak tajemniczo uśmiechać i powiedział co jest grane? To jak będzie kuzynie - jesteś ze mną czy nie?

- Odzyskujesz siły. I wreszcie mówisz jak syn Branda. - Rinaldo uśmiecha się szeroko zdejmując wreszcie część śmierdzących ziołami opatrunków z żeber Blake'a

- Pomogę ci. Ludzie pustyni słuchają moich rozkazów i zrobią co zechcę. Ale w zamian potrzebuję od ciebie dwóch rzeczy: kilka uncji twojej krwi i pomocy w polowaniu na rzadkie zwierzę, unikat. - szczery uśmiech nie opuszcza jego twarzy.

- Wreszcie będziemy mieli szansę, żeby lepiej się poznać, przecież nikt z rodziny nie zaufa nam, synom zdrajcy. Możemy pomóc tylko sobie nawzajem, a im więcej o sobie będziemy wiedzieli tym lepiej będziemy wiedzieli w czym pomagać.

- To co? Wyruszamy do obozu koczowników od razu? Jest ich tu około 3 tysięcy. Powinno wystarczyć na rozpędzenie lumpenzbieraniny i uwolnienie króla. A jak rewolucja straci już impet, to długo nie wytrwa. Po drodze znajdziemy twoich rojalistów i będziemy mieli armię godną lordów Amberu.

Blake nie bardzo wiedział czemu tak długo musiał żyć nie znając tego brata, który pojawia się i od ręki pomaga załatwić trudne sprawy. Wszystko czego chce w zamian to udział w polowaniu. Jeszcze ta krew... Ale więcej by jej stracił, gdyby Rinaldo nie pojawił się we właściwym momencie.
Jeżeli Rinaldo ma krzepę godną swojego brata, to w tydzień odbiją stolicę i przetrącą kark buntownikom.

Decyzja była zatem prosta?

- Na cholerę Ci moja krew? I na jakiego zwierzaka mielibyśmy niby razem polować? Dobra, opowiesz mi później, na razie zbierajmy dupy do tych Twoich pustynnych lisków-chytrusków zanim nam do ziemi przymarzną.

Blake nie rozumiał, czemu Rinaldo tak słodko się uśmiecha. Z niewiadomych przyczyn miał ochotę zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy jakimś ciężkim, tępym narzędziem. No ale w sumie co? Niby kuzyn postanowił mu pomóc. Zignorował dziwne przeczucia i skoncentrował się na rozruszaniu obolałej kostki.

Podróż do obozu pustynnych wojowników nie była ani długa, ani krótka. Wieczorem przy trzaskającym w oazie wielkim ognisku Rinaldo wygłosił do półdzikich koczowników jakieś przemówienie w chrapliwym i niezrozumiałym języku. Blake domyślał się o co chodzi - zdrajcy wiary, pradawne skarby, jasyr. To samo co zawsze.

- Cóż, mam nadzieję, że te Twoje piaskowe gejoliski nie zamarzną jak zrobi się nieco chłodniej - rzekł do Rinalda uśmiechając się serdecznie - każ im się ciepło ubrać, bo noce w Karelii bywają chłodne. No, to kiedy omówimy nasz plan? I ile w ogóle mamy ludzi?

Blake znowu widział w oczach Rinaldo, jak bardzo zależy mu na dostaniu jego krwi. Oczy wędrowały mu co chwila po muskularnym przedramieniu brata, kiedy wracali do tematu ich umowy. Raz nawet Blakowi zdawało się, że tamten oblizał wargi.

Od jakiegoś czasu Blake obserwował u Rinalda objawy zmęczenia, a nawet wyczerpania. Coraz mniej przypominał człowieka, który przybył mu z odsieczą. Blake miał niemal pewność, że nawet z nie do końca zagojonymi ranami nie miałby problemu gdyby musiał spacyfikować brata. A jedyne co mogło doprowadzić go do tego stanu to dość forsowny marsz przez las.

Podczas podróży do obozu nomadów Beniamin oddzielił się od grupy. Po krótkiej kłótni z Rinaldo stwierdził, że skoro lojalistów nie ma tam, gdzie oczekiwali, trzeba ich jak najszybciej odnaleźć i wprowadzić w obecną sytuację. Rinaldo wolał jak najszybciej wrócić do obozu swojego wojska i choćby tylko nimi oswobodzić pałac.

Amberyta dał mu jednak swojego konia, nazwał narwanym młokosem i pozwolił jechać w cholerę. Blake nie interweniował. Beniamin był bardzo młody, ale królewska krew Karelii pulsowała mu w żyłach - nie wystarczyłoby byle co, aby go powstrzymać. Broń trzymał wprawnie i potrafił zachować zimną krew. Ruszył na południowy zachód, aby szerokim łukiem okrążyć wyżynę, na której wiele pokoleń temu zbudowano pałac zimowy.

- Krew Amberu ma magiczne właściwości. - odpowiedział po dłuższym milczeniu Rinaldo - Można nią zniszczyć Wzorzec, można z niej tworzyć żywe istoty. Ci wszyscy, wierni mi nomadzi są nierealni jak mgła, słabi i podatni na manipulację siłami nadprzyrodzonymi. Podobnie jest z przedmiotami. Te z Cienia są nietrwałe i mało skuteczne przeciw naszym krewnym i demonom z Chaosu. - sięgnął pod połę płowego burnusa i wyciągnął dwa zakrzywione sztylety, takie same jakimi Blake otrzymał okrutną ranę na schodach wieży - Prawdziwie zabójcza broń nosi w sobie Wzorzec i musi skądś czerpać siły. Krew Amberu da odnowi ich moc. To jest moja cena. Będziesz dawał mi trzy uncje swojej krwi co kilka dni i pomożesz w polowaniu na zwierzę, którego podobizna stała w świątyni. W zamian za to uratuję ten Cień przed zagładą i ojca twojej wybranki przed śmiercią. Jeśli nie zechcesz wspomóc brata w potrzebie... zrozumiem to. Ale ci ludzie - trzy tysiące twardych wojowników - zostali ściągnięci na południe, aby zdobyć chwałę w bitwie i łupy w miastach. - zatoczył wyciągniętym palcem krąg pokazując na obozowisko i kilkunastu zbrojnych strażników i wodzów przypatrujących się i przysłuchujących rozmowie - I wtedy nie będę miał powodu, żeby ich skierować przeciw rewolucjonistom. Zaś jeżeli działamy razem, oddaję ich pod twoje dowództwo. Widzę jak na ciebie patrzą nomadzi. Widzą to samo co ja - urodzonego generała.

Po chwili przerwy dodał:
- Zresztą chciałem z tobą porozmawiać trochę o ojcu... Kiedy ostatnio go widziałeś?

Blake zastanawiał się nad odpowiedzią oglądając dziwny Wzorzec na sztyletach. Niepełny, ale nawet w tym fragmencie inny od zapamiętanego z przejścia Amberu. Czuł w nim moc. Znajomą, ale inną niż ta której sam używał do chodzenia przez Cień.

- Dobra, jak dla mnie może być. Pachnie mi to jakąś magią i urokami ale jak tak bardzo Ci zależy na paru uncjach mojej krwi to możesz ją dostać. Na zwierzaka też możemy zapolować, co mi tam. Ale nawet nie myśl o niszczeniu Wzorca. W tym Ci nie pomogę bo wówczas zostałbym uwięziony w cieniach a to nieszczególnie mi pasuje. A co do ojca, widujemy się raz na parę lat. Wiesz jaki on jest - pojawia się znienacka i równie nagle znika. Ale mimo wszystko zdaje się mnie w pewien sposób lubić, co jak na niego jest całkiem sporym osiągnięciem.

Blake kłamał jak z nut przeczuwając, że jeśli powiedziałby prawdę, cały jego wątły sojusz z bratem rozsypałby się w mgnieniu oka.

- Dobra, przybijmy ręce na zgodę i ruszajmy na Pałac Zimowy. Sam się nie obroni!

Bracia potwierdzili zgodę uściskiem ramion. dodatkowo, na modłę nomadów przypieczętowali braterstwo krwią. Rinaldo nie wydawał się głodny krwi. Jego uścisk choć efektowny, nie był godny lorda Amberu. Może potrzebował więcej czasu na odpoczynek. Jednak Blake po posiłku i rozmowie całkiem już otrząsnął z siebie trudy wyprawy.

Powoli zapadała noc, a od strony, gdzie daleko za horyzontem stał Pałac Zimowy zaczynał wiać zimny, jesienny wiatr.

Trzy tysiące twardych pustynnych wojowników dostało rozkazy zwinięcia obozu i wymarszu. Im dłużej Blake przyglądał im się tym bardziej widział, że to może są wojownicy, ale to nie wojsko. Ich rynsztunek składał się głównie z łuków, oszczepów i sieci. Nie mieli innych pancerzy, niż elastyczne skórzane kaftany i czasem czepce. Co dziwniejsze ich wodzowie również nie używali cięższych pancerzy ani innej broni niż dość nieporęczne szable. Blake zauważył tylko jedną kolczugę i kilka kurt łuskowych ze skóry olbrzymich jaszczurów pustynnych. Ta horda byłaby dobra do działań partyzanckich i pacyfikacji tłumu. Ale jeżeli rewolucja sformowała jakieś zorganizowane oddziały, to walka będzie ciężka i długa, a choć Pałac Zimowy postawiono w ciepłym regionie Karelii, to wiatry znad morza mogą przynieść śnieżyce bardzo wcześnie.

Ciekawe ile zostało z królewskiej gwardii? Jeżeli przynajmniej połowa doborowej jednostki stacjonuje przy boku króla, to wystarczą na główne uderzenie, wspomagane podjazdami nomadów.

O północy Rinaldo wezwał Blake'a do swojego namiotu. Podał mu bogaty zdobiony w stylu Amberu, złoty puchar i stalowy sztylet ze zdobioną głownią. Blake naciął dobrze naostrzonym sztyletem przedramię i napełnił do połowy puchar. Rinaldo chwycił puchar i nie kryjąc radości przycisnął go do ust, po czym opróżnił kilkunastoma haustami nie robiąc przerwy na oddech. Kiedy odstawiał naczynie na tacę, broda i usta lśniły mu szkarłatem a zielone oczy pałały odzyskanym wigorem.

- Grasz w karty? Proponuję pokerka. Zwyciężony opowie prawdę zamiast tych bredni, którymi się karmiliśmy. Czas oczyścić atmosferę między nami, bracie! - Rzucił raźnie i wyciągnął z małego kuferka talię kart. Wszystkie ręcznie malowane bardzo uzdolnioną ręką prezentowały postaci z królestwa baśni 1001 nocy. Do tego miały w sobie ten wyjątkowy realizm, jakim zawsze zachwycały Atuty Amberu.

Bezgłośnie do namiotu weszło kilka młodych kobiet, które przyniosły instrumenty muzyczne i dzbany. Zanim zaczęły grac hipnotyczne orientalne rytmy, nalały synom Branda czarki ciepłego, mocnego alkoholu.

Blake zastanawiał się potem wielokrotnie gdzie popełnił błąd grając z Rinaldem w pokera. Doszedł potem do wniosku, że pomylił się tylko raz - zaczynając grę. Efekt był dokładnie taki, jakiego spodziewał się Rinaldo - Blake opowiedział mu wiele o swoim życiu i nielicznych kontaktach z ojcem, w zamian nie dowiadując się prawie nic poza ogólnikami i wieloznacznymi stwierdzeniami. W sumie nie było to już aż tak istotne - miał wojsko, z którym mógł odbić pałac zimowy.

- No bracie, porobiłeś mnie bez dwóch zdań. Mam nadzieję, że po tym czego się dowiedziałeś, nie żałujesz naszej współpracy. Masz czas do rana by przemyśleć sprawę - ja idę pomówić z naszymi żołnierzami. Powinienem ich chyba trochę poznać skoro mam nimi dowodzić. Zastanów się też w jaki sposób możesz mi pomóc w odzyskaniu tego cienia - założę się, że skoro moja krew działa na Ciebie jak czysta amfa, dysponujesz też wieloma mocami, które posiadał ojciec. Pomyśl - moje talenty dowódcze i Twoja moc, razem możemy dokonać znacznie więcej niż tylko zajęcie tego cienia. Niejeden chłystek siedział już na tronie Amberu...

Zostawił osłupiałego Rinaldo w namiocie i wyszedł pomówić z pustynnymi wojownikami. Byli dokładnie tacy, jakich się spodziewał - dumni, fanatyczni, waleczni aż do szaleństwa. O tak, z taką armią raz-dwa rozsmaruje buntowników na karelskich ulicach. Popłynie trochę krwi...

Blake zwołał starszyznę i żołnierzy na plac w obozie i opowiedział historię, Historia mówiła o ziemi obiecanej, o raju na ziemi, o miejscu zwanym Amberem, do którego droga zagubiła się, lecz może zostać odnaleziona na nowo. Prowadzi przez zimną Karelię, gdzie rozpanoszyło się zło, które tylko dobrzy wojownicy mogą powstrzymać. Jest to próba honoru i męstwa, z której nieliczni wyjdą zwycięsko, lecz nagroda będzie ich godna. Gadając te bzdury nie wiedział, że wiele lat wcześniej jego stryj Corwin mówił dokładnie te same rzeczy innym żołnierzom w innym cieniu, tak samo wzbudzając ich fanatyzm i ochotę do walki.

Nim przemówienie dobiegło końca, miał już gotowy plan. Rinaldo będzie musiał zdobyć więcej żołnierzy. Ci, którzy są, wystarczą do nocnej szarży na obóz wroga, przebicia się i odbycia króla, jeśli jeszcze żyje. Muszą jedynie być bezlitośni, niespodziewani i skuteczni. W tym celu potrzebne będzie przekradanie się lasami i kontakt z wrogiem dopiero przed główną misją. Im mniej się ich spodziewają, tym większe mają szanse. Jak mawiał któryś z jego kuzynów (czy to nie ten malarz, u którego zostawił przyszłą żonę?) - w chaosie jest okazja.

Kiedy tylko armia nomadów ruszyła z obozu, Blake zobaczył ich prawdziwą siłę - mobilność. Cały obóz zwinięto w ciągu jednej nocy. O świcie nomadzi, podzieleni na kilkudziesięcioosobowe rody, wyruszyli szerokim strumieniem ludzi, wielbłądów i koni. Z każdą kolejną godziną armia rozpraszała się, gdy każda grupa wybierała swoją drogę przez zalesione pagórki. Jednak widać było, że każda z grup pilnuje zachowania kontaktu z pozostałymi, pozostając w pełni samodzielnym oddziałem. Zwiadowcy przecierali szlaki w wielu kierunkach jednocześnie, dzięki czemu Blake miał bieżące informacje o terenie na kilka mil naprzód we wszystkich kierunkach.

Kilka razy widział, jak zwiadowcy ze zwinnością myśliwych przedzierają się przez bezdroża błyskawicznie pokonując trudny teren. Coraz bardziej miał wrażenie, że armia którą prowadzi do boju najlepiej sprawdziłaby się na łowach. Mogliby z powodzeniem polować na człowieka śniegu, zionącego ogniem smoka, behemota, Jednorożca, czy samotnego Amberytę w lesie Ardeńskim. Ich drapieżcze ruchy w bezgłośnym marszu, nieruchome oczy w oczekiwaniu, trofea na pasach i przy siodłach, wszystko w nich mówiło, że to nie wojownicy, a łowcy. Łowcy, którzy mogli całą siłą podejść w nocy pod obóz wroga na odległość rzutu dzirytem i zaatakować zanim ktokolwiek ich zauważy.

Zatem zaskoczenie i chaos Blake miał już w kieszeni. Teraz tylko myślał jak upewnić się, że buntownicy nie zaduszą koczowników przewagą liczebną w chaotycznej, nocnej walce wręcz?

Kiedy już myślał, że będzie musiał rozłożyć odsiecz na kilka niszczących morale nocnych rajdów, zwiadowcy donieśli o ukrywającej się na skalistej wyżynie armii ciężkozbrojnych na czele których stał młody Karelianin, z opisu wyglądający na Beniamina.

Rinaldo wraz z przybocznymi wyruszył na spotkanie Beniamina, po czym wrócił z nim i genera łem pięciu setek piechoty kareliańskiej. Pałac Letni znajdował się o cztery dni marszu na południe, przez szeroką na dziesięć staj, porośniętą borem dolinę rzeki Oulu.

Ludzie pustyni byli zdolni małymi pokonać rzekę poza brodem, którego zdaniem generała pilnowali buntownicy.

Armia buntowników w okolicy Pałacu Letniego mogła liczyć nawet 10 tysięcy ludzi. Kilka tysięcy było dobrze uzbrojonych. Mieli też kompetentnego dowódcę. Mówi się, że jest wcielonym diabłem a nocą lata pod postacią skrzydlatego węża i zabija obrońców króla schronionych za murami pałacu.

Podczas narady Rinaldo wydawał się nieobecny i często stał pod ścianą namiotu mamrocząc coś pod nosem. W żółtym świetle pochodni wyglądał jak Brand snujący magiczne zaklęcia.

Generał miał nadzieję, że Blake wezwie swoich krewnych z Amberu, którzy poprzednio dokonali nadludzkich czynów w Karelii.

Blake zrobił olbrzymie wrażenie na dowódcach, gdy kreślił swój plan ataku na mapach aluminiowym piórem, którego nie trzeba było maczać w kałamarzu. Plan był ryzykowny i bezczelny, ale za dowódcą o takiej sławie poszliby wszędzie. Słuchali go z rosnącym podziwem gdy tłumaczył im swój plan i wydawał rozkazy: ...

29 maja 2009

Dziewięciu dresów Amberu - cz IV

I znowu wszystko poszło całkiem nie tak jak miało pójść, od początku do końca. Głupi dzieciak, musiał się akurat napatoczyć. Ale od początku.

Zapowiadało się nieźle - plan był taki, że po nastraszeniu czerwonej hołoty inwazją z Amberu (pełen sukces) miałem pojechać do Pałacu Zimowego Letniego i uratować króla. Znalazłem konia, przebrałem się w odpowiedni mundur i jako kurier Feliks Dzierżyn pojechałem na linię frontu.

Wtedy w lesie napotkałem Beniamina - jednego z krewnych mojej przyszłej żony - uciekającego konno przed pogonią. Cholerny dzieciak, otoczyli go w zrujnowanej świątyni rogatego konia. Nie mogłem go tak zostawić, w końcu to prawie rodzina. Był to krok nierozważny - troszeczkę przeceniłem swoje możliwości, przez co te czerwone ścierwa prawie mnie wykończyły. Prawie. Rana zadana krzywym sztyletem boli jak diabli.

Z pomocą przyszedł mi jakiś typ z kuszą wyglądający jak Lawrence z Arabii albo inny Teletaliban. Przedstawił się jako Rinaldo - już po tym jak zastrzelił z kuszy ostatniego z napastników - po czym postanowił przedstawić mi jakąś propozycję. Zważywszy na okoliczności, raczej nie będę skłonny mu odmówić. W końcu podobno to rodzina...

17 maja 2009

Ścieżka Służby (III)

Data 10237.453

Martin nie był zadowolony z faktu, że na razie nie zamierzam pomóc mu w zdobywaniu Amberu, ale cóż. Najpierw muszę posprzątać na własnym podwórku. Na szczęście czas płynie tu szybciej niż na Zamku, więc spokojnie mogę zająć się badaniami nad osłoną przed promieniem Chaosu. Mam też kilka pomysłów nad zakończeniem tej całej sprawy z Sępami i naprawą stosunków z mieszkańcami Veraklionu. Na razie wysłałem zakamuflowane sondy do Sektora Oinarr. Gorzej bo 60% moich ciężkich okrętów zostało zniszczonych a pozostałe 25% jest wyłączone z walki. Muszę przeanalizować taktykę Sępów i odpowiednio dostosować swoją.

Data 10237.782
Świetnie. Zero spokoju. Czasem żałuję naprawdę że mam taką rozbudowaną rodzinę. Cały czas poznajesz nowe kuzynostwo. Otóż poprzez Atut skontaktowała się ze mną niejaka Midian, twierdząc że ma mój Atut od Flory. Ścigał ją jakiś stwór Chaosu, ale pomachałem mu Mieczem przed nosem i zrejterował. Ale kiedy ponownie się ze mną skontaktowała bym przeciągnął ją do Veraklionu, był już tam ten chłystek Kamui. Daję głowę ten to mnie potrafi wyprowadzić z równowagi. Oczywiście się do mnie wprosił, choć sugestia w postaci posłanej w jego kierunku kuli powinna dać mu coś do zrozumienia. Oczywiście on i Blake nie wykonali powierzonej im misji i nie zbadali sytuacji w Amberze. Poza tym jak zwykle trzaskał dziobem i sypał setką pomysłów na minutę. A to że napuści złapanych Sępów na siebie, a to że to, że tamto... Próbowałem go wyteleportować w jakieś mniej uczęszczane miejsce Domu, ale cwaniak otoczył się Logrusem. Skończyło się na tym że Martin się wkurzył i wyatutował się do Amberu. No i muszę lecieć za nim.

Data 10237.997
Na Wzorzec, ale jestem zmęczony! W Amberze dzieje się źle. Nastąpił jakiś atak i jedno skrzydło Zamku leży w gruzach. Mogę się pożegnać z oryginałem traktatu mojego imiennika z Cienia-Ziemi. Jeszcze strażnicy zabrali mi Miecz. Dobrze że w porę zahaczyłem go macką Logrusu. Ale i tak przyciągnięcie go kosztowało mnie zbyt wiele siły. Muszę się zregenerować więc idę spać...


Data 10238.222
Szlag by to trafił, przesadziłem z Logrusem. Obudziłem się w samym kombinezonie i Mieczem w ręku w jakimś korytarzu na Zamku. Jeszcze zaraz zjawili się strażnicy, a biorąc pod uwagę moją aktualną pozycję na dworze Amberu zadawaliby mnóstwo niewygodnych pytań, więc się przed nimi schowałem, jak się okazało w pokoju Midian, która chyba spokrewniona jest z Florą. Kiedy już sobie poszli wyskoczyłem przez okno na taras i przemknąłem się blankami do swojego pokoju. Dobrze że chociaż semi-organiczna podściółka kombinezonu pozwala mi przetrwać trochę bez kąpieli. Ale zaraz wparował do mojego pokoju Gerard oskarżając mnie o to że zamierzam użyć karabinów Avalonu do zdobycia tronu Amberu. Z całym szacunkiem dla mojego wuja-siłacza, jest on dość prostym człowiekiem, bo gdyby się przez chwilę zastanowił wiedziałby że nigdy bym czegoś takiego nie uczynił. Służba Amberowi jest moim nadrzędnym celem i nigdy nie postawiłbym swoich ambicji ponad to. Pozostaje tylko pytanie skąd Gerard wiedział o... Ano tak. Udało mi się znaleźć Martina, który zamierza udać się do Złotego Kręgu by zaprosić dostojników na pogrzeb króla. Wydawał się w miarę spokojny, więc chyba dogadał się z Cainem. Ale nie miałem czasu z nim pogadać, bo Caine wezwał mnie i Kamui do siebie. Caine ma dla nas misję. Chce abyśmy udali się do Dworców Chaosu i wyjaśnili z królem Merlinem sprawę nowej wojny między Amberem a Dworcami. No tak, śmierć ambasadora, później ta cała kwestia z cieniami Branda, zupełnie o tym zapomniałem. To tłumaczy też atak na mój Cień i na Karelię. Dobra, królobójstwo i uzurpowanie sobie władzy przez Caine'a schodzi w tej chwili na dalszy plan. Jeśli to Dworce stoją za atakiem na Zamek, to moja lista priorytetów się zmienia.

Memo dla siebie:
1. Pokój między Amberem a Chaosem
2. Królobójstwo i kwestia regencji
3. Sępy w Veraklionie
4. Cienie Branda

Punkty 2-4 rozwiązać w dowolnej kolejności. Dowiedzieć się co wydarzyło się na Zamku? Może Julian?

Data 10238.891
No to się popieprzyło na całego. Dążąc przez Logrus do Dworców zatrzymaliśmy się z Kamui w jego Cieniu. Po przejściu przez wejście w dziupli (durne, doprawdy!) okazało się że w ten jego cały zamek też coś trafiło. Przez przestrzeń stanowiącą niejako fosę płynął statek z trupami na pokładzie, a z jego środka dobiegało dziwne krakanie. A na dziedzińcu siedziała Vialle, blada jak trup, rozsiewając wokół tak mocną aurę strachu i bólu, że przełamała wszelkie mentalne blokady w moim umyśle gdy próbowałem do niej podejść. Przez chwilę przejęła nade mną kontrolę!! Kamui też się nie udało. Ogłuszające kule i czar Chaosyty zostały odbite i to przez Logrus!! Wtedy dostrzegłem ścieżkę do źródła problemu. Kiedy nią podążyłem, zacząłem się czuć jakbym ponownie przechodził próbę Logrusu. I chyba tym razem jej nie zdałem, bo w centrum znalazłem Węża, awatara Logrusu!!! Ten chlasnął mnie macką i posłał gdzieś przez cienie... Chyba muszę poważnie pogadać z Kamui. Ale najpierw dowiem się gdzie jestem...

14 maja 2009

Interludium - Blake

Blake z Kaliope docierają do Karelii, gdzie sprawy nie mają się dobrze. Wzdłuż wąskich ulic miasta stoją szubienice, a w oknach wiszą czerwone flagi. Jednym słowem: REWOLUCJA!! Blake usiłuje dowiedzieć się czegoś o sytuacji w mieście, jednak tubylcy odnoszą się do niego nieprzyjaźnie. Próbuje więc skontaktować się przez Atut z Florą by zaopiekowała się Kaliope, lecz miast niej zastaje jakiegoś starca który próbuje przejąć nad nim kontrolę umysłową. Kolejnym kontaktem jest Bleys, ale okazuje się że to on potrzebuje pomocy i Blake ratuje go z jakiegoś więzienia w Cieniu. Nie mając innych opcji Blake próbuje wywieźć Bleys'a i Kaliope z Karelii, lecz zatrzymuje go wściekły motłoch. Po krwawej potyczce Blake'owi udaje się powstrzymac atakujących i zyskać chwilę czasu, by wezwac przez Atut Kamui, który wyciąga ich z kłopotów. Powierzywszy mu opiekę nad narzeczoną i Bleysem, Blake w przebraniu zjawia się z powrotem w Karelii aby wybadac sytuację. Od niejakiego przewodniczącego Deere dowiaduje się, że rewolucja wybuchła dość niedawno i na razie ma lokalny charakter. Król Karelii Ludwig schronił się wraz z gwardią przyboczną w swym pałacu letnim, ale we wszystko może być też zamieszany niedoszły małżonek Kaliope, hrabia Rudolf. Blake postanawia oswobodzić przyszłego teścia...

09 maja 2009

Dziewięciu dresów Amberu - cz. III

No to się, że tak powiem, z lekka popierdzieliło, i to głównie przez to, że okazałem się takim sakramenckim kretynem. Powiem tak - powoli zaczynam przeklinać dzień, w którym poznałem pannę Kaliope i aby zrobić na złość moim kuzynom z Amberu postanowiłem zostać księciem Karelii. Nie zrozumcie mnie źle - panna fajna, posażna i zupełnie niczego sobie, ale z perspektywy 500 lat życia na takie rzeczy powinno się patrzeć z dystansem, na chłodno, z innej strony. Mówią, że ludzie uczą się na własnych błędach. Ja się najwyraźniej nie uczę - zawsze lubiłem księżniczki i kiedyś mnie to zgubi. Nu, ale ja tu tak pitu-pitu a Czerwoni pod Smoleńsk podchodzą. Zatem wróćmy do tematu.

Oczywiście gdy tylko moja pani dowiedziała się o naszych planach powrotu do Amberu, zaraz zrobiła mi karczemną awanturę. Karczemną to może nie, raczej salonową, ale było tłuczenie sprzętów, płacze i wszystkie te rzeczy, wobec których mimo kilkusetletniego doświadczenia nadal jestem bezradny jak dziecko. Oczywiście nastąpiła gwałtowna zmiana planów. Jedziemy, ale nie do Amberu tylko do Karelii i nie na wojnę, tylko na ślub. Na mój ślub. Wykazałem asertywność meduzy i zdolności negocjacyjne astrachańskiego kawioru. Dobrze, że moi mołodcy tego nie widzieli...

Tak więc ja, Kaliope i Natanael pojechaliśmy samochodem do Karelii. Natanael spał, Kaliope kimała a ja prowadziłem całą drogę to złorzecząc na nią i swoją głupotę, to nie mogąc się nadziwić jaka jest piękna gdy sobie pochrapuje na przednim siedzeniu mojej terenówki. Po drodze Natanalel obudził się, pogadał z kimś przez atut i zniknął. Cóż, robił już takie rzeczy wcześniej. W końcu to mag.

Być może jego zniknięcie powinno wzbudzić we mnie pewne podejrzenia co do dalszego ciągu naszej eskapady, ale jak ktoś jest głupi to już mu niewiele pomoże. Słowem - dojechaliśmy aż do stolicy i wtedy krew mnie zalała. Czerwone flagi w oknach, szubienice na rogach ulic, barykady i wszechobecny motłoch. Pierwsza myśl - k...wa, Lenin z Dzierżyńskim tu też dotarli? Nienawidzę czerwonej hołoty, nienawidzę.

Druga myśl to uciekać stąd, jak najprędzej, chronić siebie i dziewczynę. Próba nawiązania kontaktu przez atut z Florą zakończyła się rozmową z jakimś starym capem, który pieprzył coś o płonących lasach i grzebał mi w głowie. To go pogoniłem, barana. Szkoda, że ciocia pewnie już nie żyje, fajna była. Potem pomyślałem - wujek Bleys, on nas z tego wyciągnie. Okazało się, że wujek jest w gorszym położeniu już my - wyjąłem go z jakiegoś lochu i wyglądał jak ja po wakacjach na Syberii. Nie było rady - ludzie już zaczęli pokazywać nas palcami - wsiedliśmy do auta i w drogę. Ulice wąskie, jakiś motłoch na prawo i lewo, zrobiło się jak w Groznym albo innym Mogadiszu. W końcu nas dopadli. Paru staranowałem, resztę wysiekłem. Skończyło się na strachu i paru zadrapaniach.

Z pomocą po raz kolejny przyszedł mi Natanael, zabierając Bleysa i Kaliope w bezpieczne miejsce. Mam u niego dług, który będę musiał jakoś spłacić. Teraz jednak mam ważniejsze sprawy. Te skurwiele zajęły cień, mój cień. I przyjdzie im za to zapłacić. Operację "Zniszczenie Czerwonej Zarazy" postanowiłem rozpocząć od ustalenia o co właściwie chodzi. W tym celu przebrałem się za typowego rewolucjonistę i polazłem prosto do stolicy, niby z wieściami od jakiegoś agenta.

Te komusze ścierwa mało mnie nie zdemaskowały. Na szczęście wystarczyło na nich nawrzeszczeć by strzelili obcasami i zaprowadzili mnie do swojej kwatery głównej, w dawnej siedzibie staży miejskiej. Żeby było zabawniej, przedstawiłem się jako Feliks Dzierżyn, ale te matoły nic nie zrozumiały z mojego subtelnego dowcipu. Czerwoni nigdy nie grzeszyli poczuciem humoru. Po pogawędce z niejakim przewodniczącym Deere, ustaliłem co następuje:

1. rewolucja to dość świeża sprawa i prawdopodobnie ogranicza się do stolicy i okolicznych majątków
2. w jakimś stopniu maczał w tym swoje paluszki hrabia Rudolf, niedoszły mąż mojej przyszłej żony - cóż, policzymy się i z nim
3. król broni się w pałacu letnim i chyba potrzebuje pomocy.

Mam więc plan - trzeba oswobodzić króla Ludwiga z oblężenia. Chyba nawet wiem jak to zrobić...

05 maja 2009

Dziewięciu dresów Amberu - cz. II

Ha ha, to znowu ja, Amberu dres, na Chaos wściekły pies! Opowiem Wam co się zdarzyło ostatnio, nie uwierzycie.

Nu, na początek wylądowaliśmy na planie filmowym do Star Warsów, gdzie Musashi odgrywał Lorda Wiadera. "Hhhh... atakują nas rebelianci... hhh... trzecia i piąta flota do sektora... hhh..." Rany, co za typ. Suma summarum wyszło na to, że trzeba mu pomóc bo sobie chłopak z dowodzeniem nie radzi. Dał mi jakąś zamaskowaną flotę, wszedłem czerwonym na tyły i w try miga załatwiliśmy sprawę. Tylko wódka była jakaś taka niesmaczna.

Próbowałem też załatwić temat długopisów, bo mi się dyrektor Cyfropolskiego Piśmienniczego Kombinatu skarżył, że zbytu nie ma. Coś tam zagadałem z Kamui, może się załatwi. Obiecał podzwonić do znajomków z jakiś dworców czy coś. Jak działają na dworcach to pewnie za dużo kasy nie mają, chociaż cholera ich wie. Może jakiś pieniądz z tego wpadnie.

Odwiedziłem też małżonkę w tym dziwnym cieniu kolegi Potencjalnej Ofiary Pedofila i okazało się, że najlepiej byłoby chyba pospiesznie opuścić to miejsce. Ta ślepa królowa jest jakaś taka fiźnięta a w swej fiziowatości fiziuje też cień, w którym akuratnie przebywa. No i wyfiziowała sobie jakieś kruki-wrony, które tak jakoś postanowiły sobie mnie zadziobać. Paskudne rany, ze dwie godziny będę je goił.

Nu, ale jest dobrze - królową podrzucimy chyba Musashiemu, niech mu statek fiziuje (hehehe...), a z Kamui idziemy robić rekonesans w Amberze. Coś się dzieje, coś się dzieje. Nie wiemy jeszcze jak dostaniemy się do środka, ale już mam pewien plan. Grunt to iść do przodu a reszta zrobi się sama.

A - byłbym zapomniał - znalazłem ostatnio gdzieś mój ulubiony kawałek, to Wam puszczę. Podkręćcie basy i słuchajcie!


30 kwietnia 2009

Log sesji - Sesja I

Musashi

Próbując odnaleźć składnik z którego można wykonać proch do karabinów Amberu, Musashi odwiedza kilkanaście Cieni wiedzony mackami Logrusu, lecz bezskutecznie. Cień Avalon, wydaje się być odcięty lub co gorsza zniszczony. Uznany za zaginionego ojciec - Benedykt- kontaktuje się z nim i nakazuje mu odbić Amber. W swoim własnym Cieniu - Veraklionie - następują tajemnicze ataki piratów, niezwykłe jest to iż piratom udaje się dorównać technologicznie flotom Musashiego i zniszczyć wysłane przeciw nim okręty. Musashi wraca do Veraklionu i zbiera pozostałe siły by rozprawić się z piratami...

Blake
Przygotowania do ślubu z Kaliope, córki króla Karelii, zostają nagle przerwane wielką burzą Cienia. Blake porywa narzeczoną i z wielkim trudem, dzięki władzy nad Wzorcem, ucieka przez Cienie. Z opresji ratuje go Kamui, przeciągając przez Atut do swojego Cienia...

Kamui
Kamui poprzez Atut prosi Musashiego o pomoc w dotarciu do Zamku Amber. Ten wstępnie odmawia, informując go że będzie to możliwe dopiero za dzień czasu. Następny kontakt Atutowy ratuje Blake'a i jego narzeczoną przed burzą Cienia. Poprzez ukryte w dziupli drzewa przejście prowadzi ich do swej kryjówki, w której przebywają już królowa Vialle, żona świętej pamięci króla Randoma i syn króla, Martin. Po upływie dnia Kamui ponownie nawiązuje kontakt Atutowy z Musashim, który zaprasza jego, Blake'a i Martina do swojego Cienia...

W chwili gdy wszyscy znaleźli się w Domu Musashiego w Veraklionie - wielkiej asteroidzie zawieszonej w gwiezdnej przestrzeni, nastąpił niespodziewany atak kosmicznych piratów...

22 kwietnia 2009

Dziewięciu dresów Amberu - cz. I

Ilekroć Amber mieszał się w moje prywatne życie, zawsze oznaczało to kłopoty.

Najpierw ojciec postanowił na pięć minut pojawić się w moim uporządkowanym świecie, obdarzając mnie wzorcem, odpowiadając na pytania, których nie chciałem mu zadawać a wiele innych pozostawiając bez odpowiedzi. Potem jego cienie kolejny raz wstrząsnęły moim radosnym i podróżniczym życiem, ostrzegając mnie przed zdradzieckim wujostwem i ofiarowując miecz, który teraz noszę przy pasie. Hmm... Akurat Wzorzec i miecz są całkiem w porządku, mimo, że nie całkiem wiem jak działają. Zacznijmy jeszcze raz.

Ilekroć Amber mieszał się w moje prywatne życie, przeważnie oznaczało to kłopoty.

Trwały przygotowania do mojego ślubu z córką króla Karelii. W zasadzie nie wiem dlaczego się na niego zdecydowałem, ale miało być fajnie. Miałem zostać następcą tronu, dowódcą armii, floty i czego tam jeszcze. Wszystko czego potrzebuje osoba z moimi aspiracjami i zdolnościami. I wtedy pojawił się Amber i wszystko trafił szlag.

Najpierw skontaktował się ze mną ten, jak mu tam, Natanael, wyglądający wypisz-wymaluj jak nocne marzenie pedofila i ostrzegł przed zbliżającą się zagładą. Zagłada w postaci drżenia ziemi, kłębiących się czarnych chmur i czego tam jeszcze nastąpiła chwilę później. Cóż było myśleć - miecz w łapkę, kobietę w drugą łapkę i w nogi przez wzorzec. Plan dobry, tylko że wzorzec jakoś nie chciał zadziałać. Pewnie nie było zasięgu czy coś, jak to w trakcie burzy. Popsuł się i tyle.

Poprosiłem pana N. żeby przeciągnął mnie do siebie przez atut. I dobrze, bo nie wiadomo jak by się to dla mnie skończyło. Zabrał nas do swojej rezydencji w jakimś cieniu. Co to za miejsce! Od samego widoku zrobiło mi się gorzej - zamek na unoszącej się w powietrzu skale, jakieś mosty, jakieś latające łodzie. Kto to wymyślił? Cóż - było nie było, zająłem się uspokajaniem Kaliope i zapoznawaniem z innymi gośćmi Natanaela.

Kogo tam nie było! Niewidoma królowa Amberu, której męża zabił jakiś uzurpator, jakiś Martin (chyba jej syn) - straszna beksa, do tego jacyś fruwający służący i inne dziwy. Wizja Salvadora Dali byłaby normalniejsza od tego pokręconego miejsca i dziwnego towarzystwa.

Uradziliśmy, że to pewnie ci uzurpatorzy są odpowiedzialni za wszystko - i za burzę, która zniszczyła moje niedoszłe królestwo, i za śmierć Randoma - króla Amberu i w ogóle za wszystko. Cóż - tron Amberu wart jest zdobycia, a przebywanie z moją niczego nie rozumiejącą małżonką to średnia opcja. Znacznie lepiej jest działać - uradziliśmy więc, że zgromadzimy wojska i odbijemy Amber. Musashi, skośnooki syn Benedykta postanowił nam pomóc. Przeciągnął nas do siebie przez atut. Nie zdążyłem się nawet rozejrzeć po pomieszczeniu i przywitać jak należy, gdy coś zaczęło się trząść.

Pewno znowu trzeba będzie uciekać. Ech, życie...