NASTĘPNA SESJA:

Z powodu czasoprzestrzennego rozproszenia graczy planuję rozruszać tą kampanię za pomocą dostępnego na podstronie forum (link powyżej). Chcę poprowadzić narrację w formie postów zamieszczanych przez graczy i MG.

09 września 2010

Opowieść Kamui

Antares stoi, jak zwykle lekko zagubiony wśród wystudiowanego przepychu Linii Mandor. Wokół w różne strony prowadzą sale i korytarze. Wszystko misternie splecione z materii Cienia i Chaosu. Do większej części posiadłości dostać się można nie korzystając z przejść między Cieniami. Dawno temu jeden z najbardziej lubianych przez Anteresa służących, inteligentny (i to jeszcze jak!) szympans Xeusales, ekscentryczny zbrojmistrz stwierdził, że był to zabieg celowy, umożliwiający godne podejmowanie gości spoza Dworców. Oczywiście Xeusales często opowiadał bzdury, zwłaszcza po zażyciu swojego ulubionego jadu Rogatych Pająków... Na szczęście nigdy nie popełnia błędów, kiedy zajmuje się swoim zawodem - opracowywaniem nowych rodzajów broni do polowań w Otchłani.

Gdy tylko okazało się, że ulubiona gościnna komnata Antaresa jest zajęta przez Króla Dalta z Eregnoru, wiedział już, że nie będzie to jego najmilej wspominany pobyt u Mandora. Sytuacji też nie poprawił fakt obecności Królowej Vialle i dziwacznych gości i domowników: wymienionego już Dalta - syna Oberona, futrzastego olbrzyma Royneta, Ahaissa - demonicznego doktora duszy próbującego pomóc Vialle, "Zabójczej Markizy" - wschodzącej gwiazdy wśród nurkujących w Otchłani, Cynthii - zakonnicy z jakiegoś zwierzęcego świata opiekującej się menażerią Mandora. Z doświadczenia wiedział, że większość z nich przebywa tu ze względu na osobisty urok Mandora. To zapewne oznaczało, że będą bardzo niechętnie słuchali kogoś innego.

Mandor nie powiedział nikomu z domowników o swojej rychłej nieobecności i nie zamierzał informować nikogo oprócz Antaresa, dokąd się wybiera i jak długo może go nie być. A wyruszy, kiedy tylko czarny kolor wzniesie się na niebo nad Dworcami, czyli za około 8 godzin.

Co dalej?

Mandor dawał przez ostatnie godziny pobytu w domu delikatnie ale konsekwentnie znać, że potrzebuje czasu, aby w samotności przygotować się do spotkania z innymi przywódcami głównych Domów i doradców Króla.

Antares postanowił zatem przygotować się do przejęcia obowiązków gospodarza zaczynając od przygotowania swoich komnat. Dwa pokoje trochę zbyt przestronne, zbyt krzykliwe i nadmiernie zbliżone do głośno i szybko bijącego serca Linii Mandor wymagały adaptacji, jeżeli miały dawać wytchnienie i koncentrację w nadchodzących dniach.

Poinstruowana przez Mandora służba już zaczęła pytać go o wszystkie ważniejsze decyzje dotyczące posiłków, muzyki i delegacji z sąsiadującego Cienia filozoficznie nastawionych koralowców. Grupa meduz pochodzących od ich ministra sfery materialnej unosiła się w przygotowanym dla istot pływających, pozbawionego grawitacji ogrodu. Sigur, wysokiego rodu demon, kamerdyner Mandora rozpoczął dość zawiłe tłumaczenie charakteru relacji między Liniami a Koralowcami. Antares słuchając, kierował jednocześnie lokajami przestawiającymi meble i delikatnie manipulującymi parametrami Cienia w komnatach.

Przez przypadek rzucił okiem na wąskie i wysokie okno w kształcie zygzaka. Niebo było już niemal fioletowe. Czas mijał szybko. Mandor będzie opuszczał Linie za czas określany w Amberze jako połowa godziny.

"Jeżeli chcę porozmawiać jeszcze z Mandorem muszę to zrobić już!" pomyślał przestając słuchać Sigura.

- Wybacz Sigurze - Antares skłonił się przerywając wyjaśnienia demona - nasza rozmowa musi poczekać. Chciałbym się pożegnać z Mandorem zanim się oddali.
Po tych słowach ruszył szybkim krokiem do komnat swego 'wójka'. Po drodze myślał co powiedzieć... myśli cisnęły mu się jedna za drugą: Dworkin i Benedykt, zdrowie Królowej, bezpieczeństwo Karabinów Avalonu, zagrożenie jego życia, bliższe poznanie Logrusu i Wzorca, chęć nurkowania w otchłani...
Nawet nie zauważył kiedy stanął przed drzwiami komnaty w której przebywał Mandor. Służący, widać wcześniej poinstruowani otworzyli drzwi, Antares wszedł. Mandor właśnie sprawdzał czy nowo uszyty strój właściwie leży, obok stał sługa z płaszczem w rękach. Antares nie zwalniając podszedł do Mandora, uścisnął go długo i serdecznie.
- Do widzenia Wujku...
Po czym obrócił się i starał się wyjść jak najszybciej aby Mandor nie zauważył jego smutku.

Antares zleca Xeusalesowi szczególną troskę o królową która może być nękana atakami magicznymi. Prosi Królową by ciągle nosiłą ukrytą pod rękawami branzoletę na przedramieniu. Tłumaczy, że branzoleta ta jest oznaczona magicznie i pozwoli na szybkie odnalezienie jej w razie konieczności. Wita się z przybyłymi nie zapominając napomknąć Daltowi, że mieszka w jego komnacie ;) ('Mam nadzieję, że ma komnata zaspokoi twe potrzeby Panie'). Szczególnie serdecznie wita się z 'Zabójczą Markizą', zagaduje o nurkowaniu w Otchłani a rozmowę przeplata zaproszeniem do namalowania jej portretu. powodem jego nurkowania ma być chęć znalezienia odpowiedniego płaszcza dla siebie. Najlepiej gdyby wyglądał jak utkany z płomieni płonących w dół. Poza tym dogląda czy wszyscy są dobrze ulokowani, zapoznaje się z animozjami i sympatiami wzajemnymi wśród gości oraz z ich szczególnymi potrzebami. Organizuje na wieczór (o ile tu można mówić o wieczorze) koncert (może być kwartet smyczkowy) przy kolacji.

- Myślę, że poradzisz sobie dobrze pod moją nieobecność, Kamui. - Rzucił Mandor do wychodzącego z komnaty Kamui. - Cieszę się, że mam kogoś takiego jak ty, komu mogę zaufać w opiece nad moimi liniami i zachowaniu tajemnicy o celu i długości mojej absencji w domu. Znasz mnie i wiesz, że moi goście, nieważne czy to demony, czy istoty z cienia, są dla mnie niezmiernie ważni. Dbaj o ich wygodę i bezpieczeństwo. - Mandor nie pokazywał po sobie nic, jeżeli martwił się o pozostawionych w liniach gości. Skoncentrowany był na ostatnim przeglądzie garderoby, fryzury, dokumentów i magicznych zaklęć.

- Jeśli będziesz potrzebował dowiedzieć się czegokolwiek o nich, pytaj Sigura. Gdyby nie obecność Dalta i możliwość pojawienia się innych dostojnych gości, czego nigdy nie można wykluczyć, pewnie to jemu pozostawiłbym swoje obowiązki. Dalt jednak jest dość specyficzną osobą. Uważaj na niego i nie daj się mu zastraszyć. Bardzo chciałbym się dowiedzieć, czego szuka w Dworcach. Nie pozwól mu zbliżyć się do menażerii siostry Cynthii i raczej nie pozwalaj mu przebywać zbyt długo z Vialle. I w jednym i drugim przypadku jakiś nieobliczalny i porywczy odruch tego osiłka mógłby spowodować wiele problemów... - Nagle widząc minę Kamui wyciągnął ręce i rzucił ciepło: - Uściśnij mnie i idę! - W towarzystwie służącego opuścił swoją komnatę a następnie bocznym holem udał się do wyjścia.

Demony służebne odczekały aż Kamui opuści pomieszczenie i klucznik zamknął ciężkie drzwi z jasnego drewna wielkim, ozdobnym kluczem.

Xeusales czekał na niego w holu wisząc na długich rękach z belki sufitowej z szerokim uśmiecham na mięsistych ustach.
- Jak zwykle znika, zostawiając tu wszystkich swoich świrów na cudzej głowie. Nawet Merlin dał się raz w to wpuścić. Potem długo go tu nie widzieliśmy.

- Ciebie nazywa swoim ulubionym szaleńcem, wiesz o tym. - cyniczna bezpośredniość to w oczach Kamui największa zaleta Xeusalesa na tle reszty służby. - I tak najbardziej martwi mnie królowa. w odróżnieniu od was ona nie powinna być nie w pełni władz umysłowych. Martwię się o nią. Mógłbyś mieć na nią oko?

- Jasne! Dla Panicza Antaresa będę jej własną piersią bronił. No, nie zagaduję panicza. Masz teraz po pachy obowiązków. Ale jak byś miał chwilę, to zapraszam na łagodny melanżyk. Markiza przywiozła jakiś czas temu świetne rybki z Kofi Szopów Croatanu. Czekają na dobrą okazję.

Kamui pożegnał zbrojmistrza pukaniem w czoło i ruszył do komnaty królowej Vialle. Wchodząc przez białe, rzeźbione drzwi pomyślał o ustawieniu przy nich jakiejś straży, albo zaklęcia. Królowa siedziała przy kole garncarskim cicho nucąc jakąś łkającą melodię. Ahais czujny i nieruchomy siedział w kącie złotego pokoju patrząc na dłonie królowej.

Vialle nie odpowiedziała na powitanie Kamui. Ahais wytłumaczył jej, że jest pod wpływem uspokajającego zaklęcia i nie będzie w stanie rozmawiać. Kamui sam zapiął na jej wiotkim przegubie bransoletkę. Królowa na chwilę przerwała melodię i podziękowała ledwo słyszalnym głosem.

- Lew, który szarpie Jednorożca może łatwo porwać gołębia. - wyszeptała jeszcze po czym wróciła do melodii. Jeżeli demon nie miał szczególnie wrażliwych zmysłów, mógł tego nawet nie usłyszeć.

Kamui opowiedział jej o działaniu bransolety i nie wiedząc czy to zrozumiała pożegnał ją ukłonem i wyszedł.

Zanim zdążył odwiedzić innych gości, Sigur odnalazł go i przypomniał o czekającej w ogrodzie delegacji. Przyjęcie ich i dopełnienie protokołu zabrało mu tak dużo czasu, że tylko cudem zdążył wydać polecenia odnośnie kolacji i koncertu.

Rozmowa z ukwiałami wymagała pewnych zmian w ciele Kamui. Zmiana w tą i z powrotem sama w sobie męczy jak godzina szybkiego biegu, do tego jeszcze cała ta dyplomacja sprawiła, że przed kolacją Kamui postanowił odpocząć trochę. Odpoczynek sprowadził się do instruowania służby we wprowadzeniu ostatnich poprawek do wystroju komnaty.

W dużej jadalni z porcelanowym kominkiem, obrazami i arrasami, przy owalnym stole z rzeźbionymi w winorośle nogami, w żółtawym świetle ukrytych za meblami lamp zasiadło do kolacji osiem osób, w tym Dalt z Eregnoru, oraz jego dwaj pułkownicy, na co stanowczo nalegał.

Rudy i potężny Dalt robił wrażenie barbarzyńcy. Wybierał wielkie porcje zwierzęcego mięsiwa, gardząc delikatesami rodem z Dworców i jednoznacznie odpowiadając na propozycję ich skosztowania. Śmiał się głośno z własnych dowcipów... choć należałoby powiedzieć raczej, że rechotał. Na wszystkie dworskie manewry konwersacyjne reagował z wdziękiem odyńca. Tylko takt pozwolił pozostałym gościom kontynuować próby wciągania go w rozmowę. Rozmowę oczywiście dotyczącą zniknięcia Pana Domu.

Dalt konsekwentnie umniejszał rolę Kamui, kilka razy pokazując, że zasady gier dworskich nie są mu obce, kiedy pozornie niewinnymi wypowiedziami stawiał go w niezręcznej sytuacji wobec wszystkich obecnych.

Kiedy wreszcie kwartet zaczął swój koncert, Dalt objął Kamui muskularnym ramieniem i odciągnął na ubocze. Stojąc obok Dalta, Kamui sięgał mu nosem ledwo ponad sprzączkę pasa. Gdyby nie bezczelne spojrzenie i rude włosy, przypominałby wujka Gerarda. Po krótkim wstępie przeszedł do rzeczy:

- Byłeś może niedawno w Amberze, Panie Kamui? Słyszałem, że odbył się pogrzeb króla Randoma. Byli tam wszyscy książęta?

- Nie, nie wszyscy. - odpowiedział Kamui zaskoczony otwartym pytaniem o Amber z ust osiłka. Zanim doszedł do siebie otrzymał kolejne pytanie:
- Czy był tam Benedykt albo Florimel?

Tego było dla Kamui za dużo. Co za impertynencja! I do tego ten ogr ciągle trzymał go w uścisku swojego "przyjaznego" objęcia. Jeżeli nie chce dać się wyprowadzić z równowagi, musi to dobrze rozegrać.

Przemknął wzrokiem po sali szukając jakiejś okazji. Wtedy zauważył, że jeden z podwładnych Dalta, śniady i smukły wojownik z czarną kitą związaną w warkoczyk udając, że słucha muzyki ze spuszczoną głową, przysłuchuje się ich rozmowie zerkając spod ronda skórzanego kapelusika. Kiedy oczy Kamui spotkały się z wojownikiem, którego imię brzmiało chyba Ioni, ten chwilę popatrzył mu prosto w oczy, a potem skierował oczy na swoją dłoń, która chowała jakiś papierek pod blat stolika pod zegar z masy perłowej. Następnie nadal uśmiechając się lekko wrócił do słuchania muzyki.

W tym czasie Dalt nie mogąc się doczekać odpowiedzi potrząsnął Kamui. - Słuchasz mnie!? Pytam czy Benedykt był na pogrzebie Króla Randoma.

Opowieść Blake'a

Zaczyna się ta opowieść w obozie Rinaldo, syna Branda, do którego zabrał ciężko poranionego Blake'a ze zrujnowanej świątyni Jednorożca. Towarzyszy im Beniamin, bratanek księżniczki Kaliope z panującej rodziny Królestwa Karelii.

Obóz był przygotowany przed przybyciem trójki podróżnych, ale wygląda na zupełnie prowizoryczny: ognisko, trochę zebranego chrustu, koń, muł i niewielki namiot koczowników. Wszystko dobrze ukryte w gęstym jesionowym zagajniku nad strumieniem.

Beniamin wreszcie ma szanse opowiedzieć o tym jak wyruszył z Pałacu Letniego szukać pomocy dla oblężonych, jak po drodze zdradzili go wieśniacy i przez tydzień uciekał pościgowi.

Rinaldo starał się dopytywać go o niepokojące i dziwne rzeczy jakie widział po drodze, ale prócz zrabowanych wozów kupieckich i dziwnych postaci widywanych czasem nocami przez ludzi nie było nic co bardziej zainteresowałoby pytającego. Sam Rinaldo wydaje się ciągle dość pogodny i beztroski. Woda ze strumienia i opatrunki niemal cudownie goją rany Blake'a i łagodzą ból.

Rinaldo prorokuje, że do następnego wieczora Blake będzie już zdrowy jak ryba. Dowiedziawszy się jaka była rola Blake'a w całej rebelii i bitwie w świątyni, nie chce opowiedzieć swojej historii i obiecuje zaproponować korzystny dla wszystkich plan działania kiedy Blake będzie w pełni zdrów.

Co dalej?

- Słuchaj chłopie, nie wiem skąd się tutaj wziąłeś i jaka jest Twoja rola w tym wszystkim, ale musisz mi pomóc! Mój przyszły-niedoszły teść jest uwięziony w mieście a gdzieś w tych lasach podobno stacjonują rojaliści. Nie ma czasu do stracenia - tym razem Korniłow przyjedzie na czas i czerwona hołota przegra z kretesem!

Blake rozmasował bolące przedramię i nadwerężoną kostkę po czym uważnie wpatrywał się w Rinaldo, jakby oczekując jakiejś reakcji. Znudzony przedłużającą się ciszą, spróbował jeszcze raz:

- Dobra, może inaczej. Znasz moje plany na najbliższych parę godzin. Zamierzam stłumić pewną rebelię i zabieram ze sobą młodego. Przyłączasz się czy nie? I co tak właściwie tutaj robisz? Ok, może trochę pomogłeś mi w tej świątyni - dzięki za uratowanie tyłka - ale dobrze byłoby jakbyś w końcu, job twoja mać, przestał się do mnie tak tajemniczo uśmiechać i powiedział co jest grane? To jak będzie kuzynie - jesteś ze mną czy nie?

- Odzyskujesz siły. I wreszcie mówisz jak syn Branda. - Rinaldo uśmiecha się szeroko zdejmując wreszcie część śmierdzących ziołami opatrunków z żeber Blake'a

- Pomogę ci. Ludzie pustyni słuchają moich rozkazów i zrobią co zechcę. Ale w zamian potrzebuję od ciebie dwóch rzeczy: kilka uncji twojej krwi i pomocy w polowaniu na rzadkie zwierzę, unikat. - szczery uśmiech nie opuszcza jego twarzy.

- Wreszcie będziemy mieli szansę, żeby lepiej się poznać, przecież nikt z rodziny nie zaufa nam, synom zdrajcy. Możemy pomóc tylko sobie nawzajem, a im więcej o sobie będziemy wiedzieli tym lepiej będziemy wiedzieli w czym pomagać.

- To co? Wyruszamy do obozu koczowników od razu? Jest ich tu około 3 tysięcy. Powinno wystarczyć na rozpędzenie lumpenzbieraniny i uwolnienie króla. A jak rewolucja straci już impet, to długo nie wytrwa. Po drodze znajdziemy twoich rojalistów i będziemy mieli armię godną lordów Amberu.

Blake nie bardzo wiedział czemu tak długo musiał żyć nie znając tego brata, który pojawia się i od ręki pomaga załatwić trudne sprawy. Wszystko czego chce w zamian to udział w polowaniu. Jeszcze ta krew... Ale więcej by jej stracił, gdyby Rinaldo nie pojawił się we właściwym momencie.
Jeżeli Rinaldo ma krzepę godną swojego brata, to w tydzień odbiją stolicę i przetrącą kark buntownikom.

Decyzja była zatem prosta?

- Na cholerę Ci moja krew? I na jakiego zwierzaka mielibyśmy niby razem polować? Dobra, opowiesz mi później, na razie zbierajmy dupy do tych Twoich pustynnych lisków-chytrusków zanim nam do ziemi przymarzną.

Blake nie rozumiał, czemu Rinaldo tak słodko się uśmiecha. Z niewiadomych przyczyn miał ochotę zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy jakimś ciężkim, tępym narzędziem. No ale w sumie co? Niby kuzyn postanowił mu pomóc. Zignorował dziwne przeczucia i skoncentrował się na rozruszaniu obolałej kostki.

Podróż do obozu pustynnych wojowników nie była ani długa, ani krótka. Wieczorem przy trzaskającym w oazie wielkim ognisku Rinaldo wygłosił do półdzikich koczowników jakieś przemówienie w chrapliwym i niezrozumiałym języku. Blake domyślał się o co chodzi - zdrajcy wiary, pradawne skarby, jasyr. To samo co zawsze.

- Cóż, mam nadzieję, że te Twoje piaskowe gejoliski nie zamarzną jak zrobi się nieco chłodniej - rzekł do Rinalda uśmiechając się serdecznie - każ im się ciepło ubrać, bo noce w Karelii bywają chłodne. No, to kiedy omówimy nasz plan? I ile w ogóle mamy ludzi?

Blake znowu widział w oczach Rinaldo, jak bardzo zależy mu na dostaniu jego krwi. Oczy wędrowały mu co chwila po muskularnym przedramieniu brata, kiedy wracali do tematu ich umowy. Raz nawet Blakowi zdawało się, że tamten oblizał wargi.

Od jakiegoś czasu Blake obserwował u Rinalda objawy zmęczenia, a nawet wyczerpania. Coraz mniej przypominał człowieka, który przybył mu z odsieczą. Blake miał niemal pewność, że nawet z nie do końca zagojonymi ranami nie miałby problemu gdyby musiał spacyfikować brata. A jedyne co mogło doprowadzić go do tego stanu to dość forsowny marsz przez las.

Podczas podróży do obozu nomadów Beniamin oddzielił się od grupy. Po krótkiej kłótni z Rinaldo stwierdził, że skoro lojalistów nie ma tam, gdzie oczekiwali, trzeba ich jak najszybciej odnaleźć i wprowadzić w obecną sytuację. Rinaldo wolał jak najszybciej wrócić do obozu swojego wojska i choćby tylko nimi oswobodzić pałac.

Amberyta dał mu jednak swojego konia, nazwał narwanym młokosem i pozwolił jechać w cholerę. Blake nie interweniował. Beniamin był bardzo młody, ale królewska krew Karelii pulsowała mu w żyłach - nie wystarczyłoby byle co, aby go powstrzymać. Broń trzymał wprawnie i potrafił zachować zimną krew. Ruszył na południowy zachód, aby szerokim łukiem okrążyć wyżynę, na której wiele pokoleń temu zbudowano pałac zimowy.

- Krew Amberu ma magiczne właściwości. - odpowiedział po dłuższym milczeniu Rinaldo - Można nią zniszczyć Wzorzec, można z niej tworzyć żywe istoty. Ci wszyscy, wierni mi nomadzi są nierealni jak mgła, słabi i podatni na manipulację siłami nadprzyrodzonymi. Podobnie jest z przedmiotami. Te z Cienia są nietrwałe i mało skuteczne przeciw naszym krewnym i demonom z Chaosu. - sięgnął pod połę płowego burnusa i wyciągnął dwa zakrzywione sztylety, takie same jakimi Blake otrzymał okrutną ranę na schodach wieży - Prawdziwie zabójcza broń nosi w sobie Wzorzec i musi skądś czerpać siły. Krew Amberu da odnowi ich moc. To jest moja cena. Będziesz dawał mi trzy uncje swojej krwi co kilka dni i pomożesz w polowaniu na zwierzę, którego podobizna stała w świątyni. W zamian za to uratuję ten Cień przed zagładą i ojca twojej wybranki przed śmiercią. Jeśli nie zechcesz wspomóc brata w potrzebie... zrozumiem to. Ale ci ludzie - trzy tysiące twardych wojowników - zostali ściągnięci na południe, aby zdobyć chwałę w bitwie i łupy w miastach. - zatoczył wyciągniętym palcem krąg pokazując na obozowisko i kilkunastu zbrojnych strażników i wodzów przypatrujących się i przysłuchujących rozmowie - I wtedy nie będę miał powodu, żeby ich skierować przeciw rewolucjonistom. Zaś jeżeli działamy razem, oddaję ich pod twoje dowództwo. Widzę jak na ciebie patrzą nomadzi. Widzą to samo co ja - urodzonego generała.

Po chwili przerwy dodał:
- Zresztą chciałem z tobą porozmawiać trochę o ojcu... Kiedy ostatnio go widziałeś?

Blake zastanawiał się nad odpowiedzią oglądając dziwny Wzorzec na sztyletach. Niepełny, ale nawet w tym fragmencie inny od zapamiętanego z przejścia Amberu. Czuł w nim moc. Znajomą, ale inną niż ta której sam używał do chodzenia przez Cień.

- Dobra, jak dla mnie może być. Pachnie mi to jakąś magią i urokami ale jak tak bardzo Ci zależy na paru uncjach mojej krwi to możesz ją dostać. Na zwierzaka też możemy zapolować, co mi tam. Ale nawet nie myśl o niszczeniu Wzorca. W tym Ci nie pomogę bo wówczas zostałbym uwięziony w cieniach a to nieszczególnie mi pasuje. A co do ojca, widujemy się raz na parę lat. Wiesz jaki on jest - pojawia się znienacka i równie nagle znika. Ale mimo wszystko zdaje się mnie w pewien sposób lubić, co jak na niego jest całkiem sporym osiągnięciem.

Blake kłamał jak z nut przeczuwając, że jeśli powiedziałby prawdę, cały jego wątły sojusz z bratem rozsypałby się w mgnieniu oka.

- Dobra, przybijmy ręce na zgodę i ruszajmy na Pałac Zimowy. Sam się nie obroni!

Bracia potwierdzili zgodę uściskiem ramion. dodatkowo, na modłę nomadów przypieczętowali braterstwo krwią. Rinaldo nie wydawał się głodny krwi. Jego uścisk choć efektowny, nie był godny lorda Amberu. Może potrzebował więcej czasu na odpoczynek. Jednak Blake po posiłku i rozmowie całkiem już otrząsnął z siebie trudy wyprawy.

Powoli zapadała noc, a od strony, gdzie daleko za horyzontem stał Pałac Zimowy zaczynał wiać zimny, jesienny wiatr.

Trzy tysiące twardych pustynnych wojowników dostało rozkazy zwinięcia obozu i wymarszu. Im dłużej Blake przyglądał im się tym bardziej widział, że to może są wojownicy, ale to nie wojsko. Ich rynsztunek składał się głównie z łuków, oszczepów i sieci. Nie mieli innych pancerzy, niż elastyczne skórzane kaftany i czasem czepce. Co dziwniejsze ich wodzowie również nie używali cięższych pancerzy ani innej broni niż dość nieporęczne szable. Blake zauważył tylko jedną kolczugę i kilka kurt łuskowych ze skóry olbrzymich jaszczurów pustynnych. Ta horda byłaby dobra do działań partyzanckich i pacyfikacji tłumu. Ale jeżeli rewolucja sformowała jakieś zorganizowane oddziały, to walka będzie ciężka i długa, a choć Pałac Zimowy postawiono w ciepłym regionie Karelii, to wiatry znad morza mogą przynieść śnieżyce bardzo wcześnie.

Ciekawe ile zostało z królewskiej gwardii? Jeżeli przynajmniej połowa doborowej jednostki stacjonuje przy boku króla, to wystarczą na główne uderzenie, wspomagane podjazdami nomadów.

O północy Rinaldo wezwał Blake'a do swojego namiotu. Podał mu bogaty zdobiony w stylu Amberu, złoty puchar i stalowy sztylet ze zdobioną głownią. Blake naciął dobrze naostrzonym sztyletem przedramię i napełnił do połowy puchar. Rinaldo chwycił puchar i nie kryjąc radości przycisnął go do ust, po czym opróżnił kilkunastoma haustami nie robiąc przerwy na oddech. Kiedy odstawiał naczynie na tacę, broda i usta lśniły mu szkarłatem a zielone oczy pałały odzyskanym wigorem.

- Grasz w karty? Proponuję pokerka. Zwyciężony opowie prawdę zamiast tych bredni, którymi się karmiliśmy. Czas oczyścić atmosferę między nami, bracie! - Rzucił raźnie i wyciągnął z małego kuferka talię kart. Wszystkie ręcznie malowane bardzo uzdolnioną ręką prezentowały postaci z królestwa baśni 1001 nocy. Do tego miały w sobie ten wyjątkowy realizm, jakim zawsze zachwycały Atuty Amberu.

Bezgłośnie do namiotu weszło kilka młodych kobiet, które przyniosły instrumenty muzyczne i dzbany. Zanim zaczęły grac hipnotyczne orientalne rytmy, nalały synom Branda czarki ciepłego, mocnego alkoholu.

Blake zastanawiał się potem wielokrotnie gdzie popełnił błąd grając z Rinaldem w pokera. Doszedł potem do wniosku, że pomylił się tylko raz - zaczynając grę. Efekt był dokładnie taki, jakiego spodziewał się Rinaldo - Blake opowiedział mu wiele o swoim życiu i nielicznych kontaktach z ojcem, w zamian nie dowiadując się prawie nic poza ogólnikami i wieloznacznymi stwierdzeniami. W sumie nie było to już aż tak istotne - miał wojsko, z którym mógł odbić pałac zimowy.

- No bracie, porobiłeś mnie bez dwóch zdań. Mam nadzieję, że po tym czego się dowiedziałeś, nie żałujesz naszej współpracy. Masz czas do rana by przemyśleć sprawę - ja idę pomówić z naszymi żołnierzami. Powinienem ich chyba trochę poznać skoro mam nimi dowodzić. Zastanów się też w jaki sposób możesz mi pomóc w odzyskaniu tego cienia - założę się, że skoro moja krew działa na Ciebie jak czysta amfa, dysponujesz też wieloma mocami, które posiadał ojciec. Pomyśl - moje talenty dowódcze i Twoja moc, razem możemy dokonać znacznie więcej niż tylko zajęcie tego cienia. Niejeden chłystek siedział już na tronie Amberu...

Zostawił osłupiałego Rinaldo w namiocie i wyszedł pomówić z pustynnymi wojownikami. Byli dokładnie tacy, jakich się spodziewał - dumni, fanatyczni, waleczni aż do szaleństwa. O tak, z taką armią raz-dwa rozsmaruje buntowników na karelskich ulicach. Popłynie trochę krwi...

Blake zwołał starszyznę i żołnierzy na plac w obozie i opowiedział historię, Historia mówiła o ziemi obiecanej, o raju na ziemi, o miejscu zwanym Amberem, do którego droga zagubiła się, lecz może zostać odnaleziona na nowo. Prowadzi przez zimną Karelię, gdzie rozpanoszyło się zło, które tylko dobrzy wojownicy mogą powstrzymać. Jest to próba honoru i męstwa, z której nieliczni wyjdą zwycięsko, lecz nagroda będzie ich godna. Gadając te bzdury nie wiedział, że wiele lat wcześniej jego stryj Corwin mówił dokładnie te same rzeczy innym żołnierzom w innym cieniu, tak samo wzbudzając ich fanatyzm i ochotę do walki.

Nim przemówienie dobiegło końca, miał już gotowy plan. Rinaldo będzie musiał zdobyć więcej żołnierzy. Ci, którzy są, wystarczą do nocnej szarży na obóz wroga, przebicia się i odbycia króla, jeśli jeszcze żyje. Muszą jedynie być bezlitośni, niespodziewani i skuteczni. W tym celu potrzebne będzie przekradanie się lasami i kontakt z wrogiem dopiero przed główną misją. Im mniej się ich spodziewają, tym większe mają szanse. Jak mawiał któryś z jego kuzynów (czy to nie ten malarz, u którego zostawił przyszłą żonę?) - w chaosie jest okazja.

Kiedy tylko armia nomadów ruszyła z obozu, Blake zobaczył ich prawdziwą siłę - mobilność. Cały obóz zwinięto w ciągu jednej nocy. O świcie nomadzi, podzieleni na kilkudziesięcioosobowe rody, wyruszyli szerokim strumieniem ludzi, wielbłądów i koni. Z każdą kolejną godziną armia rozpraszała się, gdy każda grupa wybierała swoją drogę przez zalesione pagórki. Jednak widać było, że każda z grup pilnuje zachowania kontaktu z pozostałymi, pozostając w pełni samodzielnym oddziałem. Zwiadowcy przecierali szlaki w wielu kierunkach jednocześnie, dzięki czemu Blake miał bieżące informacje o terenie na kilka mil naprzód we wszystkich kierunkach.

Kilka razy widział, jak zwiadowcy ze zwinnością myśliwych przedzierają się przez bezdroża błyskawicznie pokonując trudny teren. Coraz bardziej miał wrażenie, że armia którą prowadzi do boju najlepiej sprawdziłaby się na łowach. Mogliby z powodzeniem polować na człowieka śniegu, zionącego ogniem smoka, behemota, Jednorożca, czy samotnego Amberytę w lesie Ardeńskim. Ich drapieżcze ruchy w bezgłośnym marszu, nieruchome oczy w oczekiwaniu, trofea na pasach i przy siodłach, wszystko w nich mówiło, że to nie wojownicy, a łowcy. Łowcy, którzy mogli całą siłą podejść w nocy pod obóz wroga na odległość rzutu dzirytem i zaatakować zanim ktokolwiek ich zauważy.

Zatem zaskoczenie i chaos Blake miał już w kieszeni. Teraz tylko myślał jak upewnić się, że buntownicy nie zaduszą koczowników przewagą liczebną w chaotycznej, nocnej walce wręcz?

Kiedy już myślał, że będzie musiał rozłożyć odsiecz na kilka niszczących morale nocnych rajdów, zwiadowcy donieśli o ukrywającej się na skalistej wyżynie armii ciężkozbrojnych na czele których stał młody Karelianin, z opisu wyglądający na Beniamina.

Rinaldo wraz z przybocznymi wyruszył na spotkanie Beniamina, po czym wrócił z nim i genera łem pięciu setek piechoty kareliańskiej. Pałac Letni znajdował się o cztery dni marszu na południe, przez szeroką na dziesięć staj, porośniętą borem dolinę rzeki Oulu.

Ludzie pustyni byli zdolni małymi pokonać rzekę poza brodem, którego zdaniem generała pilnowali buntownicy.

Armia buntowników w okolicy Pałacu Letniego mogła liczyć nawet 10 tysięcy ludzi. Kilka tysięcy było dobrze uzbrojonych. Mieli też kompetentnego dowódcę. Mówi się, że jest wcielonym diabłem a nocą lata pod postacią skrzydlatego węża i zabija obrońców króla schronionych za murami pałacu.

Podczas narady Rinaldo wydawał się nieobecny i często stał pod ścianą namiotu mamrocząc coś pod nosem. W żółtym świetle pochodni wyglądał jak Brand snujący magiczne zaklęcia.

Generał miał nadzieję, że Blake wezwie swoich krewnych z Amberu, którzy poprzednio dokonali nadludzkich czynów w Karelii.

Blake zrobił olbrzymie wrażenie na dowódcach, gdy kreślił swój plan ataku na mapach aluminiowym piórem, którego nie trzeba było maczać w kałamarzu. Plan był ryzykowny i bezczelny, ale za dowódcą o takiej sławie poszliby wszędzie. Słuchali go z rosnącym podziwem gdy tłumaczył im swój plan i wydawał rozkazy: ...

Opowieść Musashiego

...zaczyna się na pokładzie krążownika rebeliantów, gdzie samotny Musashi stoi w zniszczonej zbroi na lekko uginających się nogach nad ciałem demona-sępa.

Mimo wycieńczenia walką, pozostałych kilku żołnierzy na mostku wydaje się niezbyt trudnymi do pokonania. Przez zgiełk strzelaniny i automatycznych systemów przeciwpożarowych słychać jak jeden z oficerów na mostku desperackim krzykiem przekazuje do reszty floty informację o śmierci Dowódcy.

Skafander potrzebuje prawdopodobnie około 24 godzin na samonaprawę, lub musi być dostarczony na Cannabis. Rany również są na tyle poważne, a Musashi tak zmęczony brakiem snu i posiłku od dłuższego czasu, ranami i używaniem Logrusu i zmianami kształtu, że przez wie, że przez jakiś czas będzie musiał powierzyć sprawy admirałom z Sojuszu.

Sięgając do ostatnich kresów swojej wytrzymałości przeciągam się Logrusem do Domu w Veraklionie. Nie zważając na utyskiwania Cannabis, rozkazuje podać sobie silny środek przeciwbólowy i stymulanty. Później nakazuję połączyć mnie hipernetem z drednotem dowodzenia Sojuszu.

Siedząc oparty o metaliczną ścianę mostka, aby nie upaść podczas przyzywania Logrusu Musashi walczy z ociężałością umysłu skupiając wszystkie siły na przywołaniu znaku Chaosu. Wątki jednak wciąż uciekają, kiedy tylko koncentracja spada zamieniając się w senność. Nitki Logrusu zdają się omijać jego niezbyt trzymające się kupy ciało, które aż buzuje od chęci poddania się przemianom. Poczucie rzeczywistości niebezpiecznie odpływało i tańczyło wokół Musashiego, zmieniając kolory, proporcje i znaczenie przedmiotów i faktów wokół niego. Przeszłość i przyszłość przenikały się miejscami z teraźniejszością, a przyczyny ze skutkami i przeciwnościami, jak we śnie.

"Dalszy upór może skończyć się fatalnie" pomyślał. "Może lepiej poczekać na statki Sojuszu?".

Jednak szybko odepchnął zwątpienie i zdecydowanym szarpnięciem rzucił wszystkie siły do schwytania Logrusu. Jak przez mgłę odnotował, że przewrócił się na matowe panele na podłodze pokładu, a miecz wypadł mu z nagle dziwacznie wykrzywionej ręki i odtoczył się na pod ciało strażnika. W tej samej chwili Logrus osłabił opór i dał się schwytać. Musashi wiedział, że nie utrzyma znaku przed sobą dłużej niż minutę-dwie, a jakikolwiek ruch ciała spowoduje dalszą jego chęć przemian i rozproszy umysł powodując utratę kontaktu z Chaosem. Sięgnął zatem macką po miecz, ale ta ominęła go. Logrus jakby ponownie próbował odrzucić Musashiego.

"Miecz przyciągnę, kiedy stymulanty w bazie doprowadzą mnie do stanu normalnej przytomności." postanowił i błyskawicznie sięgnął ramieniem przez Cień do swojej stacji kosmicznej.

Chwila poszukiwania i przy dzwonieniu w uszach i rosnących mdłościach przeniósł się do domu. Cannabis pomimo odmiennej rekomendacji zaaplikowała właściwe leki. Poczucie nierzeczywistości ustąpiło pozostawiając tylko jakby szumy we wspomnieniach ostanich kilkudziesięciu minut.

Czekając na pełny efekt podanych środków Musashi wywołał admirałów Floty Sojuszu.

Zasadzka udała się, mimo dużych strat. Sojusz ustabilizował sytuację.
Sępy skoncentrowały się na obronie najlepiej opanowanych sektorów.

Pokonanie ich defensywy może jednak zająć sporo czasu.

Dobrze, flota RTB (Return to Base)

Cannabis, wybierz najbardziej ukończoną z baz przetrwalnikowych w głębokim pasie asteroid i doprowadź ją do stanu używalności. Zainstaluj tam komorę avatara i bank pamięci. Przetransportuj tam moje osobiste rzeczy i standardowe wyposażenie. Kopie banków pamięci, z pominięciem broni masowego rażenia, prześlij hiperkomem do Sojuszu. Pozostałe okręty niech wezmą stocznie na hol nadprzestrzenny i przetransportują je na główne światy Sojuszu. Później niech Sojusz użyje okrętów tam gdzie będzie uważał za stosowne. Jak najszybciej proszę.

Trzymając w pogotowiu dozownik środków pobudzających, wyciągam z talii kartę Gerarda...

Wujek Gerard. Jowialny i promieniejący. Z kielichem czerwonego Rinnenweinu w dłoni...

Gdy tylko chłód kontaktu przeszedł z palców trzymających kartę przez ramię do głowy Musashi poczuł jakby otrzeźwienie. Fizycznie nadal był wycieńczony, ale umysł rozjaśnił mu się nagle. Przez krótką chwilę przed kontaktem zrozumiał, że umysł miał dotąd zaćmiony, a osoba na karcie, która nabierała już trójwymiarowych kształtów to nie wujek, tylko tata!

Konsternacja trwała tylko chwilę. Benedykt ubrany w swój amberycki strój stał na blance muru z jasnego kamienia. W tle widać było sięgający po horyzont las.

- Jesteś zaskoczony. - komentarz Benedykta oznaczał, że nadal potrafił czytać zamierzenia z twarzy syna. - Nie próbuj zerwać kontaktu, zdążę cię zatrzymać.

Musashi rzeczywiście miał taki zamiar, ale za dobrą monetę poczytał to, że również Benedykt nie spodziewał się tej rozmowy. Choć Benedykt w mgnieniu oka umiał zaimprowizować strategię na pół roku dla stutysięcznej armii, było to dość nowe doświadczenie zobaczyć ojca przez chwilę wybitego z pantałyku. Do tego wiedział, że ostrzeżenie ojca jest najpewniej prawdziwe.

- Gdzie jest Kamui?

W pytaniu ojca Musashi wyczuwał jakiś istotny podtekst. Było tam trochę... zmartwienia? A jednocześnie brzmiała tam groźba zemsty. Dopisywanie kontekstów do żołnierskich komend, pełniących u ojca rolę rozmowy, ćwiczył latami.

- Nie ma go ze mną. - Ćwiczył się także w sztuce odpowiadania mu krótkimi zdaniami, które kryją podteksty. Od bardzo dawna nie rozmawiali inaczej.

W międzyczasie Musashi zauważył, że Benedykt przepasany jest swoim samurajskim pasem, a na nogach ma japońskie sandały. Peryferyjna obserwacja podpowiadała, że zamek, który okalał jasny mur również nosił pewne cechy orientalne. Na dziedzińcu słychać było odgłosy walki, albo raczej treningu. Milczenie ojca przedłużało się i Musashi zaczął bać się, co on przez ten czas zaobserwował.

- Podczas pogrzebu zdarzył się wypadek. Rozdzieliliśmy się. - dodał kończąc temat.

- Czy teraz dołączysz do mnie, synu?

W obecnej kondycji nawet nieprzytomnego Benedykta nie próbowałby zaatakować. Ale ton groźby zniknął z głosu ojca.

- Nie, tato. - Musashi musiał powstrzymać odruch zaciskającej się krtani.

- Zatem do zobaczenia, Musashi. Niech Logrus będzie dla ciebie łaskawy. Uważaj na niego. Jesteś blisko granicy utraty kontroli. - Benedykt ukłonił się niemal niezauważalnie i kontakt atutowy zaczął słabnąć.

Bez słowa Musashi zakrył dłonią wizerunek ojca na karcie. Umysł znów mu zafalował. "Granica utraty kontroli" - tak Benedykt nazywał szaleństwo powodowane Logrusem i zmiennokształtnością. Symptomy: złudzenia, objawy schizofreniczne, czucie rozpierającej energii Chaosu w każdej części ciała, utrata poczucia rzeczywistości. Demony nazywały to niestabilnością. Chemiczne stymulanty nie mogły zregenerować psychofizycznych sił witalnych. Z każdą chwilą zbliżał się do szaleństwa i niebytu.

Kontakt atutowy to kolejny "cios w tułów" dla skamlącego o gong na przerwę ciała. Na miękkich nogach Musashi spojrzał na trzymane w rękach przedmioty: iniektor ciśnieniowy i kartę Gerarda... nie... teraz w iluzji pojawiła się luka, to była karta Benedykta. Blisko niej materia Cienia wyglądała jakby inaczej niż wszędzie wokół.

Musashi podniósł się powoli, lecz zdecydowanie ze srebrnego łoża komory hibernacyjnej. Dobowy odpoczynek postawił go na nogi, jednak nie wszystko minęło. Bok nadal ciążył jakby żywym ołowiem, do tego pierwszy raz od wielu lat nie obudził się przed dźwiękiem budzika. Zwykle spał tyle ile chciał, potem jego wytrenowane ciało budziło się zgodnie z precyzyjnie działającym zegarem wewnętrznym.

Kiedy szklana tafla komory odsuwała się nad nim z cichym sykiem przypomniał sobie, że kiedy odezwał się sygnał pobudki śnił. To znaczy, że gdyby nie budzik spałby dalej co najmniej pół godziny. Karygodne. Tak samo jak te sny...

... Chodził po jakimś przedziwnym pałacu. Miał mnóstwo rzeczy do zrobienia, komendy do wydania, demoniczni służący kłaniali się i spełniali jego polecenia. Był panem tego dworu?...
Nie i nie. To nie był dwór, tylko Linie w Dworcach Chaosu, a on nie był gospodarzem, tylko pełnił jego obowiązki.

Pijąc źródlaną wodę z pasa lodowych asteroid i patrząc przez okno na zielony księżyc i rozciągające się za nim gwiazdy dalej rozmyślał o swoim śnie.

Był w nim kimś niskim i szczupłym. Zarządzał Liniami i organizował czas gościom. W małej sali kominkowej przy dźwiękach skrzypiec dopadł go jakiś olbrzym z maską lwa na głowie. Przyparł go do muru a potem zdjął maskę. Włosy miał rude, jak grzywa maski. Oczy miał jak posąg dziadka Oberona w Hallu zamku Amber. Wyciągnął wielki miecz i rzucił się na stojącego w kącie wujka Bleysa, ale drogę zagrodził mu demon, którego olbrzym rozpłatał jednym ciosem. Następnie wszystkie demony zaczęły go obsiadać, kąsać, szarpać i okładać. Bleys dobył swojego miecza i razem z olbrzymim rudzielcem torowali sobie drogę przez hordę.

Wtedy też na niego rzucił się demon. Sęp. Jakby nie zginął na statku dowodzenia. Zaczął coś krzyczeć w Thari, ale przez zgiełk walki nie było słychać co. I rozległa się pobudka. Sen się skończył.

Analiza stanu ciała i ducha wskazywała nadal na pewną niestabilność zdolności zmiany kształtu. Uciszona Cannabis nadal czekała na możliwość przedstawienia raportu z 24 godzin. Tak samo jak atuty na pulpicie.

- O co chodzi?

Gerard stoi na mostku dużego okrętu żaglowego. Pogoda jest dość kiepska. Jego błękitnym płaszczem targa wicher, pokład jest mokry od słonej wody. Kiedy widzi z kim rozmawia rozkłada ramiona lekko na boki i wyciąga zza pasa krępy kordelas.

- Musashi. Jeden fałszywy ruch i zetrę cię na miazgę. A potem nakarmię wieloryby.

- Trzymać kurs! - rzuca przez ramię - A ty gadaj szybko co zrobiliście i co się stało z Randomem i królową?!
Pokładem okrętu wstrząsa olbrzymia fala, jednak Gerard nawet na chwilę nie traci równowagi.

- Witam wuju. Jeśli chodzi o Randoma, to proszę wysłuchaj mnie uważnie, nawet jeśli to co powiem wyda ci się nieprawdopodobne czy niedorzeczne

- Czekam na odpowiedź.

- Mam poważne powody podejrzewać ze za śmiercią króla stoi Neidar, syn wuja Caine'a. Wysłuchaj mnie proszę.

- CO? To jakiś kretynizm. - ręce trochę mu opadły.

- Pamiętasz, podczas walki z cieniami Branda byliśmy tam my, Random, Bleys, Benedykt, Flora i Kamui

- I czego to dowodzi?

- Popatrz jak szybko Caine z Julianem przejęli Zamek po jego śmierci. Ostatnim razem zapytałem ich obu, skąd się dowiedzieli o śmierci króla.

- A kto miał to zrobić? Może Bleys?

- Julian dowiedział się od Caine'a, Caine od swojego syna... Skąd wiedział Neidar... który mistrzowsko posługuje się Atutami...

- Wuju nie mam dowodów to oczywiste... ale stałem bardzo blisko Randoma podczas walki i nie został wcześniej ranny. A umarł nagle, jakby od nagłego zdradzieckiego ciosu

- Masz tylko dziwaczne teorie. Tak jak ta o twoim ojcu.

- Wuju niezależnie od tego czy mi wierzysz czy nie, zrobisz z moją tezą co zechcesz.

- Każdy mający atuty mógł to zrobić. Znajdź mi nóż którym to zrobiono albo niech się Neidar przyzna. - A teraz gadaj: CO się stało z Randomem i Vialle!?

- Co do królowej... od wydarzeń z pogrzebu Randoma, nie miałem z nią kontaktu. Sądzę że przebywa w tej chwili z Kamui.

- Niewielu obecnych na pogrzebie znało sztuczki Chaosu, a ty jesteś jednym z nich. Nie pokazuj się w okolicach Amberu bez królowej albo dowodów na swoje szalone teorie. Jeżeli spotkasz kogokolwiek z rodziny, możesz im powiedzieć, żeby skontaktowali się ze mną, Julianem albo Cainem.

- Nie zamierzam wracać do Amberu, natomiast chciałem przekazać Ci Karabiny Avalonu, które powierzył mi król przed śmiercią.

- Po co mi one?

- Nie pomogą. - kolejna fala rzuciła statkiem na bakburtę i przelała się przez pokład - Odezwij się, jeżeli znajdziesz coś na swoją obronę, albo dowiesz się czegoś nowego. - Unikaj Corwina!
Zaczął zrywać kontakt.

- Żegnaj wuju

Amber na razie z głowy.
Teraz co?
Własny cień? Coś w Dworcach? Złoty Krąg? Avalon?

25 maja 2010

Ścieżka Służby (VI)

Data 10233.004

Logrus cisnął mnie w sam środek jakieś średniowiecznej bitwy, wprost przed szarżę oddziału lekkiej kawalerii. Całe szczęście byłem w demonicznej postaci, więc uniknąłem stratowania wzbijając się w powietrze. Niestety druga strona zaczęła szyć strzałami i postrzępiła mi skrzydła i znów spadłem na jazdę. Dobrze że przynajmniej na ich karki. Trochę ich to rozgniewało i postanowili mnie nadziać na lance. Zrobiłem im małe trzęsienie ziemi Logrusem i pociąłem Mieczem, to się zreflektowali i zaczęli gadać po ludzku, to jest w thari. Okazało się że to jakaś ruchawka między krajami Złotego Kręgu Begmą i Kashfą. Znów pewnie chodzi o jakieś mało istotną wioskę czy inny pagór, który jest strategicznie ważny dla obu stron. Nie zamierzałem marnować na nich czasu. Wróciłem do Veraklionu.

Data 10233.248
Sytuacja na wojnie z Sępami zaczęła się stabilizować, wokół sektora Oinarr powstał w miarę jednolity front, ale przeciwnik także skonsolidował swoje siły i pozyskał kolejnych sojuszników. Muszę jak najszybciej zakończyć tę wojnę, bo odciąga mnie od ważniejszych zadań. Potrzebna mi jest przewaga. Zobaczmy... taktyka Sępów opiera się głównie na dziale Chaosu, przed którym nie mam obrony. Przydałby się Wzorzec a nim nie władam. Po wyłączeniu SI używają krótkozasięgowej broni energetycznej. Załogowe statki zniwelują kwestię promienia destabilizującego, ale potrzebne mi jest coś na dłuższy dystans... A więc rakiety. Instalacja wyrzutni i magazynów na dostępnych okrętach zajmie jednak zbyt dużo czasu. A więc zewnętrzny zasobnik rakietowy przenoszący 10 rakiet z nowymi głowicami laserowymi. Każda rakieta przenosi 4 jednorazowe ciężkie grasery. Na bliską odległość nie oprze się im żaden pancerz. Ponadto część rakiet będzie wyposażona w głowicę ECM. Co prawda Sępy używają szerokiej zbieraniny elektroniki, i zagłuszanie nie będzie w 100% efektywne ale powinno wystarczyć na ewentualną obronę przeciwrakietową. Zasobnik taki okręty mogą przenosić na promieniach ściągających, no i w ładowniach dla ewentualnego ataku z zaskoczenia. Rozpoczynamy produkcję. Jeszcze niech tylko Gerard dotrze do Amberu to będę mógł przekazać mu Karabiny Avalonu. Mnie nie będą już potrzebne, a w Amberze na pewno przydadzą się bardziej. Mam też nadzieję że z Vialle wszystko w porządku. Przecież capnął ją ten palant Kamui. Ale wszystko po kolei...

Data 10233.401
Plan jest prosty. Wciągamy Sępów w pułapkę a ja będę przynętą. Rozpuściliśmy plotkę że będę wizytował oddziały frontowe z niewielkim oddziałem. Tego Sępy nie przepuszczą. Niestety tylko jedno miejsce nadaje się na przygotowanie pułapki, w pozostałych dwóch starcie będzie raczej wyrównane. Cóż musimy niestety na to iść...

Data 10233.899

Sukinsyn... ale boli. Jak zwykle nawet najlepsze plany sypią się średnio po 15 minutach. Przy polu asteroid Viggo, czyli pierwszym przystanku, oczywiście nikt się nie zjawił. Flota Sojuszu musiała więc lecieć chwilę za mną.W otwartej przestrzeni jednak już czekali. Zjawił się też sam szefuncio, ten sam demon, który ganiał Midian przez Cienie. Okazało się że cwaniak skopiował dla swojej floty generator pola maskującego i wyszło że Sępów jest dwa razy więcej niż przypuszczałem. Zasobników rakietowych się jednak nie spodziewał i z eskadry goniącej mój mały oddział ostał się jedynie pancernik dowodzenia. Moje fregaty były jednak bez szans więc posłałem je do samobójczego ataku a sam przeniosłem się na mostek wroga. Utniesz łeb to reszta się sama rozpadnie, mawiał mój pomylony ojciec. Demon przedstawił się jako Ehezis z Otchłani, twierdził że podobnych jemu jest wielu i wszyscy przybyli by mnie zniszczyć. Cóż podobni jemu, będą musieli się ustawić w kolejce. Demona wziąłem na przetrzymanie, zmęczył się, odsłonił to ciąłem go po tej protezokończynie. Chciał mnie zdekoncentrować tym, że wciągnął flotę Sojuszu w pułapkę, ale się nieco pomylił w oczekiwaniach i ponownie odsłonił. Gdyby się nie napatoczył jakiś palant z karabinem, skończyło by się tylko na paru siniakach, ale tak dostałem serią po plecach a demon próbował odgryźć dziobem Zbroję by się do mnie dobrać. Odciąłem mu w końcu łeb i na próbach się skończyło. Trochę jednak potrwa zanim poskładam żebra i wyleczę tę dziurę w płucu. Ale mój Cień jest bezpieczny...

07 maja 2010

Log sesji - Sesja V

Musashi

Musashi budzi się z Pierwotnego Kształtu jako metalowy człowiek-maszyna w tajnej bazie amerykańskiej armii. W tym kształcie zdemolował kawałek New Jersey w Cieniu-Ziemi, dopóki nie został powstrzymany. Impulsem który obudził Amberytę był obraz kobiety dosiadającej Jednorożca, który dotknął go swym rogiem. Używając sprytu Musashi odsuwa od siebie groźbę natychmiastowego zniszczenia, a z pomocą Logrusu i swych umiejętności udaje mu się uciec. Wracając do swego Cienia, odkrywa iż jego samotnia znów została zaatakowana przez Sępy. Z uwagi na niedokończone prace nad osłoną przed promieniem Chaosu, floty broniące Domu zostały rozproszone i rozbite. Nie mając innej drogi wyboru, Musashi odwołuje się do pomocy innych mieszkańców Cienia, obiecując im swoją wiedzę i opuszczenie na zawsze tego Cienia. Większość frakcji udziela mu tej pomocy, przerywając oblężenie Domu. Zostaje zawiązany sojusz veraklioński, który ma za zadanie uwolnić Veraklion od Sępów. Musashi przekazuje dowodzenie sojusznikom, a sam na polecenie Caine'a udaje się na poszukiwanie Vialle by sprowadzić ją do Amberu na pogrzeb króla Randoma.

Kamui
(Ocenzurowano na polecenie MG)

Together again... unfortunately...
Kamui kontaktuje się przez Atut z Musashim, który udał się do Cienia-Ziemi, do apartamentów Flory w poszukiwaniu śladów, mogących naprowadzić go na Vialle. Po wstępnej rozmowie pełnej nieufności, decydują się wyruszyć wspólnie do Cienia Kamui, gdyż tam ostatnio widzieli królową. Cień okazuje się być opuszczony nawet przez pomocników Kamui, jak się później okazało zmienionych w puchacze. Pełno za to w nim kruków - zwiastunów kłopotów. Musashi zauważa jednakże w zamku Vialle i rusza na jej ratunek. Kruki opuszczają Cień przez wielki wir. Kiedy Musashi dociera do królowej, zauważa że toona była tą kobietą na Jednorożcu, która wyrwała go z Pierwotnego Kształtu. Musashi i Kamui, który ma wobec Vialle własne plany dynastyczne udają się do Amberu.

Amber

Musashi przeprowadza własne śledztwo w sprawie śmierci króla Randoma. Wszelkie poszlaki wskazują na Neidara, syna Caine'a. Nikt jednak nie chce uwierzyć mu co do planów Dworkina i Benedykta. W międzyczasie Llewella, która najwyraźniej również wspiera Dworkina, pokazuje Kamui Wzorzec. Ten nie zamierza go jednak przechodzić, przynajmniej na razie. W trakcie konduktu pogrzebowego znów pojawiają się kruki, zwiastujące powstanie burzy Cienia. Starsi Amberyci chronią królową, ale obydwaj bohaterowie, znów zostają ciśnięci poprzez Cienie. Los Amberu pozostaje niewiadomą...

06 maja 2010

Ścieżka Służby (V)

Data 10232.034

Ocknąłem się w jakimś tajnym laboratorium, przypięty klamrami do metalowej kozetki. Wyglądając jak jakaś przeraźliwa kombinacja człowieka i maszyny. Wyszło na to że w Pierwotnym Kształcie zmieniłem się w jakiegoś cholernego cyborga i skasowałem kawałek New Jersey. Nic nie pamiętam... choć jak we śnie przypominam sobie jakąś kobietę dosiadającą białego konia. Nie nie konia... jednorożca. Dotknął mnie rogiem, a wtedy się obudziłem. Cóż na filmie który pokazali mi ten profesorek i wojskowy w bazie wyglądało to nieco inaczej. Rozjechali mnie czołgiem a później przyłożyli z jakiejś wiązki EMP i tak mnie obezwładnili. Tylko czemu szukałem Vialle? Najgorszy kac jaki ostatnio miałem.  Do tego moralniak. Jeszcze ta cholerna Midian wpakowała mi się do głowy przez Atut i nie wiadomo co z niego wyciągnęła. Nie miałem ochoty na kolejną rozwałkę Bogu ducha winnych żołnierzy, więc zagrałem na "ostatniego syna Kryptona". Wcisnąłem im bajeczkę, że niby jestem ostatnim przedstawicielem zniszczonej cywilizacji i że cała sytuacja wniknęła z awarii mojego statku kosmicznego i że coś mi się "poprzestawiało" od oglądania w Internecie filmów pokazujących reakcję Ziemian na istoty cybernetyczne. Obietnica podzielenia się kosmiczną wiedzą, podziałała. Nie usmażyli mnie znów tą wiązką, którą cały czas mieli we mnie wycelowaną. Zacząłem podawać im wzór na zimną fuzję. Odpowiednio szybko, żeby się jajogłowi trochę zmęczyli. Wtedy wypróbowałem coś nowego. Wlazłem im macką Logrusu do systemu. Metodą prób i błędów, oraz paru bluescreenów i 404, dobrałem się do systemu przeciwpożarowego i wypełniłem salę halonem (prymitywne, doprawdy). Wyrwałem się z więzów, zabrałem swoje rzeczy i prysnąłem stamtąd. Logrus wyrzucił mnie gdzieś w Teksasie w knajpie pełnej rednecków. Cóż chociaż Ci się nie zdziwili... Skoro 2,5 metrowy cyborg nie jest w stanie przerazić Teksańczyka, to już nie wiem co. Cholera, może powinienem przeprowadzić tu jakiś mały zaciąg... Po chwili byłem już sobą i wróciłem do domu.

Data 10232.592

Szlag by trafił te Sępy. Zbyt długo mnie tu nie było i mój Dom stał się celem kolejnego ataku. Cannabis nie zdołała do tej pory dokończyć prac nad tym promieniem destabilizującym i moja flota znów została rozproszona i zniszczona. Cannabis zdołała oprzeć się do tej pory kilkunastu atakom i próbom abordażu, ale większość Zewnętrznego Pasa Obrony została już też wyłączona z walki. Dodatkowo przez Atut zameldował się Caine, nakazujący mi sprowadzić Vialle na pogrzeb króla Randoma. No cóż. Sępy wydają się znać moją taktykę i sposób prowadzenia walki. Ich sprzęt także ukierunkowany jest na walkę z moją flotą. A więc... wysłałem wiadomość do Zatterran, Pszczelan, Liran i wszystkich pomniejszych frakcji z prośbą o pomoc. Obiecałem im przekazać całą swoją zgromadzoną wiedzę i opuścić Veraklion. Ku mojemu zdziwieniu zjawili się prawie wszyscy i przegonili Sępów. Zawiązaliśmy Sojusz Veraklioński, przekazałem im resztę floty do obsadzenia, stocznie do rozbudowy kolejnych okrętów oraz systemy e-learningu do szybkiego poznania potrzebnej im wiedzy.  Ich Rada Admirałów zaplanuje atak na Sektor Oinarr, a jeden ze zdolniejszych dowódców da mi znać przez Atut kiedy atak się rozpocznie. Mogę więc ruszać po Vialle.

Data 10232.899

Próbowałem cofnąć się Logrusem po własnych śladach, ale zgubiłem ślad znów w Cieniu-Ziemi w apartamencie Flory, gdzie znów dorwały mnie te jej wilczki. Po chwili (nie do wiary, że ten sukinsyn nadal żyje!!) skontaktował się ze mną przez Atut Kamui. Mam przynajmniej nadzieję, iż Dworkin zmarnował  dużo mocy, by go poskładać do kupy. Chłystek twierdzi że nie zgadza się z planami swojego i mojego tatusia odnośnie zniszczenia Amberu, ale w Dworcach nie przejawiał jakoś chęci by mi pomóc. Skoczyłem do jego Cienia, gdzie w jego zamku pasło się tysiące kruków. Ale była też tam Vialle!! Zacząłem truć ptaszyska iperytem to się wyniosły przez wielki wir w materii Cienia. Emanacji Logrusu już tu nie było, ale nie znalazłem też tej części Karabinów Avalonu, które niby miał Kamui. Albo blefował, albo Logrus je ma. Na szczęście Vialle nic nie było. Wtedy dopiero to dostrzegłem. To Vialle na Jednorożcu wyciągnęła mnie z Pierwotnego  Kształtu. Wraz z Kamui zabraliśmy ją do Amberu. Ten chłystek chce ją poślubić!! Może jeszcze władcą Amberu zostać!!! Po moim, a prędzej jego trupie!!!

Data 10233.001
Cholera znowu się popieprzyło. Po powrocie do Amberu Vialle poczuła się lepiej, ale nie dałem rady już z nią porozmawiać. Stwierdziłem że może znajdzie czas po pogrzebie króla. Jeszcze ten Kamui się przy niej kręcił ciągle. Ale zjazd rodzinny dał mi okazję do przeprowadzenia małego śledztwa. Jak próbowałem zdobyć z Martinem Amber zaraz po zabójstwie Randoma, bronili go Caine z Julianem i Neidarem. Julian dowiedział się o śmierci króla od Caine'a, a ten podobno od Neidara. Caine wydawał się zdziwiony faktem że Neidara nie było z nami podczas walki z cieniami Branda. Poza tym leszcz specjalizuje się w Atutach, więc chyba miał możliwość dokonania skrytego ataku. Problem polega na tym że nikt mi raczej nie uwierzy. Ani Caine, ani Martin nie uwierzyli także w rewelacje dotyczące Dworkina, Kamui i Benedykta, a Gerard nawet nie chciał ze mną rozmawiać. Najgorsze jednak wydarzyło się podczas pogrzebu. Znowu pojawiły się te kruki Chaosu i sztorm Cienia. Próbowałem dotrzeć do Vialle w tym całym zamieszaniu, ale coś, chyba Logrus, cisnęło mną znów przez cienie.

Data 10233.003

Wiem, co muszę zrobić…

29 maja 2009

Dziewięciu dresów Amberu - cz IV

I znowu wszystko poszło całkiem nie tak jak miało pójść, od początku do końca. Głupi dzieciak, musiał się akurat napatoczyć. Ale od początku.

Zapowiadało się nieźle - plan był taki, że po nastraszeniu czerwonej hołoty inwazją z Amberu (pełen sukces) miałem pojechać do Pałacu Zimowego Letniego i uratować króla. Znalazłem konia, przebrałem się w odpowiedni mundur i jako kurier Feliks Dzierżyn pojechałem na linię frontu.

Wtedy w lesie napotkałem Beniamina - jednego z krewnych mojej przyszłej żony - uciekającego konno przed pogonią. Cholerny dzieciak, otoczyli go w zrujnowanej świątyni rogatego konia. Nie mogłem go tak zostawić, w końcu to prawie rodzina. Był to krok nierozważny - troszeczkę przeceniłem swoje możliwości, przez co te czerwone ścierwa prawie mnie wykończyły. Prawie. Rana zadana krzywym sztyletem boli jak diabli.

Z pomocą przyszedł mi jakiś typ z kuszą wyglądający jak Lawrence z Arabii albo inny Teletaliban. Przedstawił się jako Rinaldo - już po tym jak zastrzelił z kuszy ostatniego z napastników - po czym postanowił przedstawić mi jakąś propozycję. Zważywszy na okoliczności, raczej nie będę skłonny mu odmówić. W końcu podobno to rodzina...

24 maja 2009

Ścieżka Służby (IV)

Data: niewiadoma

Podczas nauki w Dworcach uczono mnie, że kiedy stracisz władzę nad zmianą kształtu i ogarnie cię Pierwotny Kształt, jedyne co możesz zrobić by nie pogrążyć w szaleństwie, to skoncentrować umysł na jednej rzeczy i powtarzać ją w kółko. W ten sposób nie zatracisz swojej osobowości... duszy... mimo ze twoje ciało poddawane jest ciągłym zmianom. Więc rozpamiętuję. Pamiętam jak Logrus wypchnął mnie w Dworcach, jak Kamui przyznał się że jego ojciec to Dworkin, jak ten stary szaleniec wyjawił swój plan zniszczenia Amberu i nasłania na siebie obydwu Wzorców, jak mój własny ojciec popiera ten plan!!!! Pamiętam zaskoczenie na twarzy Kamui kiedy rozpłatałem go Mieczem, pamiętam Florę ze spokojem potwierdzającą słowa Dworkina, pamiętam jak władowałem jej kulę w serce, pamiętam ból przedramienia miażdżonego kłami jej owczarza, brzęk tłuczonego szkła i świst powietrza. Wiem co muszę zrobić. Ten zdrajca Kamui, w jakiś sposób zdobył Karabiny Avalonu, to dlatego tak dziwnie zareagował kiedy dowiedział się że je mam i dlatego nasłał na mnie Gerarda. A jeśli ukrył je w tym swoim Cieniu to Logrus zna teraz tajemnicę Karabinów i może je wykorzystać przeciw Amberowi. Czy ten Benedykt obok Dworkina był prawdziwym Benedyktem? Biorąc pod uwagę fascynację Amberytami we Dworcach i zaawansowane zdolności zmiennokształtności, któryś z Lordów mógł "stać" się Benedyktem. Ale jak mam to sprawdzić? Wyzwać go na pojedynek? Jeśli okaże się że to naprawdę mój ojciec, nie dotrzymam mu pola. Ale najpierw muszę odzyskać kontrolę... odzyskać kontrolę... odzyskać kontrolę... pamiętać...

Log sesji - Sesja IV

Midian

Midian budzą odgłosy na korytarzu Zamku Amber. Wyglądając zza drzwi, zauważa światło pod drzwiami pokoju swojej matki Flory. Drzwi są jednak zamknięte. Midian próbuje włamać się do pokoju co powoduje aktywację magicznej pułapki - czaru umożliwiającego czytanie w myślach. Za drzwiami jednak znajduje Florę, poobijaną i poranioną. Flora zdradza Midian, że to Benedykt ją tak urządził i że zamierza on wszystkich pozabijać. Jednakże na informacje Midian o otrzymaniu Atutów Amberytów i spotkaniu Jednorożca, Flora reaguje zdziwieniem i twierdzi, że niczego takiego jej nie dawała. Flora twierdzi że w Zamku nie będzie dla Midian bezpiecznie i sugeruje jej udanie się do Dworców Chaosu, gdzie znajdzie schronienie u Dworkina. Wręcza jej Atut, dzięki któremu będzie mogła się tam przenieść. Midian korzysta z karty przenosząc się do malowniczej winnicy z małym dworkiem w centrum. Flora kontaktuje się z nią przez Atut i ostrzega przed odbieraniem kontaktów Atutowych od tego momentu. Sugeruje także skorzystanie z tajnego przejścia znajdującego się w szafie na piętrze dworku. Korzystając z przejścia Midian trafia do Dworców Chaosu, do pomieszczenia przypominającego wielką salę teatralną. Tam wita ją kamerdyner Dworkina, o wyglądzie błękitnoskórego elfa, Hyeronimus. Ten prowadzi Amberytkę do kolejnej sali i każe spocząć na wielkiej sofie. Prosi o cierpliwość, gdyż Dworkin przyjmie ją kiedy będzie gotowy i znika. Po chwili dziwny stwór, wygladający jak taca na słoniowych nogach przynosi jej napitek. Midian czeka dłuższy czas i kiedy w końcu zamierza zareagować, do komnaty nagle wpada Musashi...

Kamui
Pchnięty Logrusem, Kamui pojawia się w sali pełnej trofeów wojennych i tarcz. Orientuje się że trafił gdzieś na rubieże Dworców Chaosu. Po chwili w sali poprzez przejście w kominku pojawia się Benedykt z przewieszonym przez plecy mini-gunem. Kamui wstępnie sądzi, że Benedykt zamierza go zabić, lecz ten wita go w nowo założonej Linii Barimen. Benedykt oznajmia Kamui, że szykuje się ostateczne starcie Wzorca z Logrusem, a Kamui zdradza mu że Musashi dysponuje Karabinami Avalonu i że Caine wysłał go i Musashiego do Dworców, w celu zakończenia konfliktu między Amberem a Dworcami. Benedykt doprowadza go do miejsca w którym czekają Midian i Musashi...

Rewelacje, czyli rozpętuje się piekło
Ponownie połączeni bohaterowie, oczekują na widzenie z Dworkinem. Podczas rozmowy Kamui przypadkowo zdradza, że Dworkin jest jego ojcem. Po chwili pojawia się Hyeronimus, który oznajmia, iż mogą się już spotkać się z jego panem. Poprzez przeście w sofie Amberyci trafiają do kolejne j komnaty, przypominającej salę wykładową, gdzie na katedrze stoi Dworkin a zaraz za nim Benedykt. Dworkin wita przybyłych słowami "Witajcie Barimenowie..." Okazuje się że Dworkin w odwiecznym starciu Logrusu z Wzorcem zamierza ponownie stanąć po stronie Logrusu i przywrócić swojej Linii rangę na Dworcach, poprzez przejęcie kontroli nad Kościołem Węża. Twierdzi, że poprzez powstanie Wzorca Corwina, zniszczona została równowaga między Logrusem, a Wzorcem, toteż Dworkin zamierza napuścić na siebie oba Wzorce aby sprawdzić który z nich przetrwa. Później zniszczy ten słabszy. Zniszczenie Wzorca spowoduje jednak zniszczenie wszelkich opartych na nim cieni a także i Amberu. Z niedowierzaniem Musashi słucha jak Benedykt potwierdza plany Dworkina. Największy obrońca Amberu, planuje jego zniszczenie. Kamui zaś wydaje się podobać ten plan. Rozwścieczony Musashi ścina Mieczem Kamui, po czym ucieka z Midian przez Atut do Flory do Cienia-Ziemi. Jednakże Flora okazuje się wtajemniczona w plan Dworkina i wydaje się go popierać. Musashi strzela do Flory śmiertelnie ją raniąc. Musi jednak bronić się przed wilkami Flory. Udaje mu się zabić Mieczem trzy stwory, lecz zostaje poważnie ranny w lewą rękę. Aby uniknąć kolejnych ataków Musashi wyskakuje z 86 piętra wieżowca ale jeden z wilków wyskakuje za nim. Aby uniknąć śmierci Musashi pozwala swoim zdolnościom zmiany kształtu przejąć nad sobą kontrolę...

17 maja 2009

Ścieżka Służby (III)

Data 10237.453

Martin nie był zadowolony z faktu, że na razie nie zamierzam pomóc mu w zdobywaniu Amberu, ale cóż. Najpierw muszę posprzątać na własnym podwórku. Na szczęście czas płynie tu szybciej niż na Zamku, więc spokojnie mogę zająć się badaniami nad osłoną przed promieniem Chaosu. Mam też kilka pomysłów nad zakończeniem tej całej sprawy z Sępami i naprawą stosunków z mieszkańcami Veraklionu. Na razie wysłałem zakamuflowane sondy do Sektora Oinarr. Gorzej bo 60% moich ciężkich okrętów zostało zniszczonych a pozostałe 25% jest wyłączone z walki. Muszę przeanalizować taktykę Sępów i odpowiednio dostosować swoją.

Data 10237.782
Świetnie. Zero spokoju. Czasem żałuję naprawdę że mam taką rozbudowaną rodzinę. Cały czas poznajesz nowe kuzynostwo. Otóż poprzez Atut skontaktowała się ze mną niejaka Midian, twierdząc że ma mój Atut od Flory. Ścigał ją jakiś stwór Chaosu, ale pomachałem mu Mieczem przed nosem i zrejterował. Ale kiedy ponownie się ze mną skontaktowała bym przeciągnął ją do Veraklionu, był już tam ten chłystek Kamui. Daję głowę ten to mnie potrafi wyprowadzić z równowagi. Oczywiście się do mnie wprosił, choć sugestia w postaci posłanej w jego kierunku kuli powinna dać mu coś do zrozumienia. Oczywiście on i Blake nie wykonali powierzonej im misji i nie zbadali sytuacji w Amberze. Poza tym jak zwykle trzaskał dziobem i sypał setką pomysłów na minutę. A to że napuści złapanych Sępów na siebie, a to że to, że tamto... Próbowałem go wyteleportować w jakieś mniej uczęszczane miejsce Domu, ale cwaniak otoczył się Logrusem. Skończyło się na tym że Martin się wkurzył i wyatutował się do Amberu. No i muszę lecieć za nim.

Data 10237.997
Na Wzorzec, ale jestem zmęczony! W Amberze dzieje się źle. Nastąpił jakiś atak i jedno skrzydło Zamku leży w gruzach. Mogę się pożegnać z oryginałem traktatu mojego imiennika z Cienia-Ziemi. Jeszcze strażnicy zabrali mi Miecz. Dobrze że w porę zahaczyłem go macką Logrusu. Ale i tak przyciągnięcie go kosztowało mnie zbyt wiele siły. Muszę się zregenerować więc idę spać...


Data 10238.222
Szlag by to trafił, przesadziłem z Logrusem. Obudziłem się w samym kombinezonie i Mieczem w ręku w jakimś korytarzu na Zamku. Jeszcze zaraz zjawili się strażnicy, a biorąc pod uwagę moją aktualną pozycję na dworze Amberu zadawaliby mnóstwo niewygodnych pytań, więc się przed nimi schowałem, jak się okazało w pokoju Midian, która chyba spokrewniona jest z Florą. Kiedy już sobie poszli wyskoczyłem przez okno na taras i przemknąłem się blankami do swojego pokoju. Dobrze że chociaż semi-organiczna podściółka kombinezonu pozwala mi przetrwać trochę bez kąpieli. Ale zaraz wparował do mojego pokoju Gerard oskarżając mnie o to że zamierzam użyć karabinów Avalonu do zdobycia tronu Amberu. Z całym szacunkiem dla mojego wuja-siłacza, jest on dość prostym człowiekiem, bo gdyby się przez chwilę zastanowił wiedziałby że nigdy bym czegoś takiego nie uczynił. Służba Amberowi jest moim nadrzędnym celem i nigdy nie postawiłbym swoich ambicji ponad to. Pozostaje tylko pytanie skąd Gerard wiedział o... Ano tak. Udało mi się znaleźć Martina, który zamierza udać się do Złotego Kręgu by zaprosić dostojników na pogrzeb króla. Wydawał się w miarę spokojny, więc chyba dogadał się z Cainem. Ale nie miałem czasu z nim pogadać, bo Caine wezwał mnie i Kamui do siebie. Caine ma dla nas misję. Chce abyśmy udali się do Dworców Chaosu i wyjaśnili z królem Merlinem sprawę nowej wojny między Amberem a Dworcami. No tak, śmierć ambasadora, później ta cała kwestia z cieniami Branda, zupełnie o tym zapomniałem. To tłumaczy też atak na mój Cień i na Karelię. Dobra, królobójstwo i uzurpowanie sobie władzy przez Caine'a schodzi w tej chwili na dalszy plan. Jeśli to Dworce stoją za atakiem na Zamek, to moja lista priorytetów się zmienia.

Memo dla siebie:
1. Pokój między Amberem a Chaosem
2. Królobójstwo i kwestia regencji
3. Sępy w Veraklionie
4. Cienie Branda

Punkty 2-4 rozwiązać w dowolnej kolejności. Dowiedzieć się co wydarzyło się na Zamku? Może Julian?

Data 10238.891
No to się popieprzyło na całego. Dążąc przez Logrus do Dworców zatrzymaliśmy się z Kamui w jego Cieniu. Po przejściu przez wejście w dziupli (durne, doprawdy!) okazało się że w ten jego cały zamek też coś trafiło. Przez przestrzeń stanowiącą niejako fosę płynął statek z trupami na pokładzie, a z jego środka dobiegało dziwne krakanie. A na dziedzińcu siedziała Vialle, blada jak trup, rozsiewając wokół tak mocną aurę strachu i bólu, że przełamała wszelkie mentalne blokady w moim umyśle gdy próbowałem do niej podejść. Przez chwilę przejęła nade mną kontrolę!! Kamui też się nie udało. Ogłuszające kule i czar Chaosyty zostały odbite i to przez Logrus!! Wtedy dostrzegłem ścieżkę do źródła problemu. Kiedy nią podążyłem, zacząłem się czuć jakbym ponownie przechodził próbę Logrusu. I chyba tym razem jej nie zdałem, bo w centrum znalazłem Węża, awatara Logrusu!!! Ten chlasnął mnie macką i posłał gdzieś przez cienie... Chyba muszę poważnie pogadać z Kamui. Ale najpierw dowiem się gdzie jestem...

Interludium - Antares, Musashi

Kamui

Kamui zostawia nieprzytomnego Bleysa u swojego przyjaciela Leto Atrydy w Cieniu Arrakis, a Kaliope w jednej ze swoich samotni w cieniu przypominającym średniowieczną Francję, po czym wraca na Zamek Amber. W głównej bibliotece spotyka Martina ciężko poruszonego ostatnimi wydarzeniami: śmiercią ojca, atakiem na Amber i zniszczeniem ulubionej perkusji Randoma. Niewyparzona gęba Kamui, powoduje że kończy on dzień zwalając się nieprzytomny na podłogę po kilku ciosach Martina. Sugerowanie mu polowania na Cienie jego ojca nie było najlepszym pomysłem. Rankiem po doprowadzeniu się do stanu użyteczności, Kamui udaje się na pogawędkę do Gerarda, który zajmuje się utrzymywaniem obrony w Amberze. Kamui zdradza mu, że Musashi dysponuje karabinami Avalonu i może szykować atak na Amber...

Musashi

Musashi budzi się w jedynym z korytarzy Zamku z wielkim bólem głowy co wskazuje na to że przesadził z użyciem Logrusu, a ten chwilowo przejął nad nim kontrolę. Unika strażników chowając się w pokoju Midian, po czym przez okno, przedostaje się na taras i do swojego pokoju, gdzie doprowadza się do porządku. Zanim udaje mu się dowiedzieć co się dzieje, do jego pokoju wpada wściekłu Gerard, który grozi mu poważnymi konsekwencjami, jeśli użyje on karabinów Avalonu przeciw Amberowi w obecnej sytuacji. Gerard nie slucha wyjaśnień Musashiego, o tym że karabiny powierzył mu Random i że nigdy nie zagroziłby Amberowi. Nie odpowiada mu nawet na pytania o ostatnie ataki. W bibliotece spotyka Martina, który po rozmowie z Cainem zamierza odwiedzić okoliczne cienie ze Złotego Kręgu, by zaprosić oficjeli na pogrzeb Randoma. Martin wydaje się być spokojny o to że Caine obecnie rządzi Amberem...

Ku Dworcom

Musashi i Kamui zostają wezwani do Caine'a. Ten prosi ich o udanie się do Dworców Chaosu do króla Merlina, aby wyjaśnić kwestię toczącej się wojny z Dworcami. Tuż przed całą awanturą z cieniami Branda, w Amberze skrytobójczo zabito ambasadora Dworców, co stało się katalizatorem wydarzeń prowadzących do śmierci Randoma. Amberyci mają wyjaśnić sytuację, jako że ich doświadczenie z Logrusem i wiedza o Dworcach predestynuje ich do tego zadania. W trakcie podróży zatrzymują się w osobistym cieniu Kamui, gdzie sprawy się komplikują. Kryjówka Kamui jest zdewastowana, trójka niewidzialnych służących nie słucha rozkazów, a w centrum wszystkiego znajduje się Vialle, rozsiewająca uczucie strachu, niepewności i żalu tak silne, że Amberytom nie udaje się nawet do niej podejść. Próby ogłuszenia Vialle czy to bronią, czy czarem nie dają skutku, a co najdziwniejsze Vialle osłania się emanacjami Logrusu. Podążając ku źródłu problemu Amberyci natrafiają na awatara Logrusu, Jednookiego Węża, który uderza w nich swoją mocą, posyłając gdzieś przez cienie...

14 maja 2009

Interludium - Blake

Blake z Kaliope docierają do Karelii, gdzie sprawy nie mają się dobrze. Wzdłuż wąskich ulic miasta stoją szubienice, a w oknach wiszą czerwone flagi. Jednym słowem: REWOLUCJA!! Blake usiłuje dowiedzieć się czegoś o sytuacji w mieście, jednak tubylcy odnoszą się do niego nieprzyjaźnie. Próbuje więc skontaktować się przez Atut z Florą by zaopiekowała się Kaliope, lecz miast niej zastaje jakiegoś starca który próbuje przejąć nad nim kontrolę umysłową. Kolejnym kontaktem jest Bleys, ale okazuje się że to on potrzebuje pomocy i Blake ratuje go z jakiegoś więzienia w Cieniu. Nie mając innych opcji Blake próbuje wywieźć Bleys'a i Kaliope z Karelii, lecz zatrzymuje go wściekły motłoch. Po krwawej potyczce Blake'owi udaje się powstrzymac atakujących i zyskać chwilę czasu, by wezwac przez Atut Kamui, który wyciąga ich z kłopotów. Powierzywszy mu opiekę nad narzeczoną i Bleysem, Blake w przebraniu zjawia się z powrotem w Karelii aby wybadac sytuację. Od niejakiego przewodniczącego Deere dowiaduje się, że rewolucja wybuchła dość niedawno i na razie ma lokalny charakter. Król Karelii Ludwig schronił się wraz z gwardią przyboczną w swym pałacu letnim, ale we wszystko może być też zamieszany niedoszły małżonek Kaliope, hrabia Rudolf. Blake postanawia oswobodzić przyszłego teścia...

12 maja 2009

Log sesji - Sesja III

Karelia or bust, oraz szaleństwo Vialle, czyli Cthulhu na ratunek

Na prośbę Blake'a Kamui bada Logrusem stan Złotego Kręgu. Badanie odkrywa cztery potężne wyrwy w Cieniu. Karelia znajduje się w jednej z takich wyrw. W międzyczasie plan Blake'a udania się do Amberu, ulega damskiej perswazji swojej przyszłej małżonki Kaliope, by wpierw sprawdzić jak się mają sprawy w ich przyszłym wspólnym domu. W międzyczasie do Cienia Kamui przybywa Mandor wraz z najlepszym Chaosowym psychoanalitykiem Kluk-lukiem, wyglądającym jak 1,10 m kopia Wielkiego Cthulhu. Kluk-luk rozpoczyna badanie Vialle, której smutek i rozpacz odbija się negatywnie na istnieniu Cienia Kamui. Przed wyruszeniem w drogę Blake'owi udaje się jeszcze obmówić z Mandorem plan wprowadzenia na Dwory Chaosu nowoczesnej technologii piśmienniczej, czyli długopisów. Po opuszczeniu samotni Kamui, on sam, Blake i Kaliope, wyruszają terenówką do Karelii.

Dworkin & Son Co.
W trakcie podróży Kamui otrzymuje Atutowy kontakt od swojego ojca Dworkina, który przeciąga go do swojej pracowni. Dworkin informuje syna, że w Amberze wszystko jest w porządku i szykuje się pogrzeb Króla Randoma, na którym Kamui powinien być. Wręcza mu nowy, dziwnie zdobiony Atut. Atut Midian. Kamui kontaktuje się z nią...

Midian
Flora przekazuje Midian Atuty Amberytów. Następnie spotyka Jednorożca, który wskazuje jej Atut Musashiego. Po czym Cień w którym się znajduje zaczyna wstrząsać dziwna burza, a na horyzoncie pojawia się dziwny stwór, który zaczyna ścigać Jednorożca. Ten znika, pozostawiając Amberytkę samą...

Veraklion
Po powrocie do Veraklionu, Musashi oznajmia Martinowi, iż nie zamierza ruszać z nim na Amber dopóki nie załatwi spraw we własnym Cieniu. Martin oponuje, ale daje się przekonać argumentom szybciej płynącego czasu w Veraklionie, oraz obietnicą wskazania doskonałych wojowników, skrzydlatych Taaloran. W międzyczasie Musashi dopracowuje prototyp osłony przeciw promieniowi Chaosu. Prace zostają przerwane przez przybycie niespodziewanego gościa, Amberytki Midian. Musashi ratuje Midian przed atakiem dziwnego stwora Chaosu, po czym zabiera ją i Kamui do Veraklionu. Midian informuje Amberytów, że otrzymała Atut Musashiego od Flory, ale nie zdradza nic poza tym. Ponieważ Kamui i Blake nie sprawdzili nadal sytuacji w Amberze, Martin postanawia sam sprawdzić jak się mają sprawy...

Amber
Musashi i Midian wyruszają za Martinem do Zamku Amber. Odkrywają iż w międzyczasie Zamek został zaatakowany przez nieznane siły i jedno ze skrzydeł prastarej budowli zostało zniszczone. W Amberze rządzi Caine, wspierany przez swego syna Neidara oraz Juliana i Gerarda. Z uwagi na wydarzenia na Zamku, Martin decyduje się na zawieszenie planów ataku na Amber do czasu zażegnania zewnętrznego zagrożenia.

Kamui w Amberze
Kamui wybiera inną drogę do Amberu i przenosi się do miasta. Panuje w nim wielkie poruszenie z powodu śmierci króla, a ulice patrolują uzbrojeni strażnicy. W zamku Kamui spotyka Neidara, który utyskuje na łagodny sposób traktowania mieszkańców Amberu. Według niego kilka przykładowych egzekucji sprawdziłoby się lepiej. Zmęczony nieokrzesanym towarzystwem Kamui przenosi się do Cabry.

09 maja 2009

Dziewięciu dresów Amberu - cz. III

No to się, że tak powiem, z lekka popierdzieliło, i to głównie przez to, że okazałem się takim sakramenckim kretynem. Powiem tak - powoli zaczynam przeklinać dzień, w którym poznałem pannę Kaliope i aby zrobić na złość moim kuzynom z Amberu postanowiłem zostać księciem Karelii. Nie zrozumcie mnie źle - panna fajna, posażna i zupełnie niczego sobie, ale z perspektywy 500 lat życia na takie rzeczy powinno się patrzeć z dystansem, na chłodno, z innej strony. Mówią, że ludzie uczą się na własnych błędach. Ja się najwyraźniej nie uczę - zawsze lubiłem księżniczki i kiedyś mnie to zgubi. Nu, ale ja tu tak pitu-pitu a Czerwoni pod Smoleńsk podchodzą. Zatem wróćmy do tematu.

Oczywiście gdy tylko moja pani dowiedziała się o naszych planach powrotu do Amberu, zaraz zrobiła mi karczemną awanturę. Karczemną to może nie, raczej salonową, ale było tłuczenie sprzętów, płacze i wszystkie te rzeczy, wobec których mimo kilkusetletniego doświadczenia nadal jestem bezradny jak dziecko. Oczywiście nastąpiła gwałtowna zmiana planów. Jedziemy, ale nie do Amberu tylko do Karelii i nie na wojnę, tylko na ślub. Na mój ślub. Wykazałem asertywność meduzy i zdolności negocjacyjne astrachańskiego kawioru. Dobrze, że moi mołodcy tego nie widzieli...

Tak więc ja, Kaliope i Natanael pojechaliśmy samochodem do Karelii. Natanael spał, Kaliope kimała a ja prowadziłem całą drogę to złorzecząc na nią i swoją głupotę, to nie mogąc się nadziwić jaka jest piękna gdy sobie pochrapuje na przednim siedzeniu mojej terenówki. Po drodze Natanalel obudził się, pogadał z kimś przez atut i zniknął. Cóż, robił już takie rzeczy wcześniej. W końcu to mag.

Być może jego zniknięcie powinno wzbudzić we mnie pewne podejrzenia co do dalszego ciągu naszej eskapady, ale jak ktoś jest głupi to już mu niewiele pomoże. Słowem - dojechaliśmy aż do stolicy i wtedy krew mnie zalała. Czerwone flagi w oknach, szubienice na rogach ulic, barykady i wszechobecny motłoch. Pierwsza myśl - k...wa, Lenin z Dzierżyńskim tu też dotarli? Nienawidzę czerwonej hołoty, nienawidzę.

Druga myśl to uciekać stąd, jak najprędzej, chronić siebie i dziewczynę. Próba nawiązania kontaktu przez atut z Florą zakończyła się rozmową z jakimś starym capem, który pieprzył coś o płonących lasach i grzebał mi w głowie. To go pogoniłem, barana. Szkoda, że ciocia pewnie już nie żyje, fajna była. Potem pomyślałem - wujek Bleys, on nas z tego wyciągnie. Okazało się, że wujek jest w gorszym położeniu już my - wyjąłem go z jakiegoś lochu i wyglądał jak ja po wakacjach na Syberii. Nie było rady - ludzie już zaczęli pokazywać nas palcami - wsiedliśmy do auta i w drogę. Ulice wąskie, jakiś motłoch na prawo i lewo, zrobiło się jak w Groznym albo innym Mogadiszu. W końcu nas dopadli. Paru staranowałem, resztę wysiekłem. Skończyło się na strachu i paru zadrapaniach.

Z pomocą po raz kolejny przyszedł mi Natanael, zabierając Bleysa i Kaliope w bezpieczne miejsce. Mam u niego dług, który będę musiał jakoś spłacić. Teraz jednak mam ważniejsze sprawy. Te skurwiele zajęły cień, mój cień. I przyjdzie im za to zapłacić. Operację "Zniszczenie Czerwonej Zarazy" postanowiłem rozpocząć od ustalenia o co właściwie chodzi. W tym celu przebrałem się za typowego rewolucjonistę i polazłem prosto do stolicy, niby z wieściami od jakiegoś agenta.

Te komusze ścierwa mało mnie nie zdemaskowały. Na szczęście wystarczyło na nich nawrzeszczeć by strzelili obcasami i zaprowadzili mnie do swojej kwatery głównej, w dawnej siedzibie staży miejskiej. Żeby było zabawniej, przedstawiłem się jako Feliks Dzierżyn, ale te matoły nic nie zrozumiały z mojego subtelnego dowcipu. Czerwoni nigdy nie grzeszyli poczuciem humoru. Po pogawędce z niejakim przewodniczącym Deere, ustaliłem co następuje:

1. rewolucja to dość świeża sprawa i prawdopodobnie ogranicza się do stolicy i okolicznych majątków
2. w jakimś stopniu maczał w tym swoje paluszki hrabia Rudolf, niedoszły mąż mojej przyszłej żony - cóż, policzymy się i z nim
3. król broni się w pałacu letnim i chyba potrzebuje pomocy.

Mam więc plan - trzeba oswobodzić króla Ludwiga z oblężenia. Chyba nawet wiem jak to zrobić...

05 maja 2009

Dziewięciu dresów Amberu - cz. II

Ha ha, to znowu ja, Amberu dres, na Chaos wściekły pies! Opowiem Wam co się zdarzyło ostatnio, nie uwierzycie.

Nu, na początek wylądowaliśmy na planie filmowym do Star Warsów, gdzie Musashi odgrywał Lorda Wiadera. "Hhhh... atakują nas rebelianci... hhh... trzecia i piąta flota do sektora... hhh..." Rany, co za typ. Suma summarum wyszło na to, że trzeba mu pomóc bo sobie chłopak z dowodzeniem nie radzi. Dał mi jakąś zamaskowaną flotę, wszedłem czerwonym na tyły i w try miga załatwiliśmy sprawę. Tylko wódka była jakaś taka niesmaczna.

Próbowałem też załatwić temat długopisów, bo mi się dyrektor Cyfropolskiego Piśmienniczego Kombinatu skarżył, że zbytu nie ma. Coś tam zagadałem z Kamui, może się załatwi. Obiecał podzwonić do znajomków z jakiś dworców czy coś. Jak działają na dworcach to pewnie za dużo kasy nie mają, chociaż cholera ich wie. Może jakiś pieniądz z tego wpadnie.

Odwiedziłem też małżonkę w tym dziwnym cieniu kolegi Potencjalnej Ofiary Pedofila i okazało się, że najlepiej byłoby chyba pospiesznie opuścić to miejsce. Ta ślepa królowa jest jakaś taka fiźnięta a w swej fiziowatości fiziuje też cień, w którym akuratnie przebywa. No i wyfiziowała sobie jakieś kruki-wrony, które tak jakoś postanowiły sobie mnie zadziobać. Paskudne rany, ze dwie godziny będę je goił.

Nu, ale jest dobrze - królową podrzucimy chyba Musashiemu, niech mu statek fiziuje (hehehe...), a z Kamui idziemy robić rekonesans w Amberze. Coś się dzieje, coś się dzieje. Nie wiemy jeszcze jak dostaniemy się do środka, ale już mam pewien plan. Grunt to iść do przodu a reszta zrobi się sama.

A - byłbym zapomniał - znalazłem ostatnio gdzieś mój ulubiony kawałek, to Wam puszczę. Podkręćcie basy i słuchajcie!


04 maja 2009

Ścieżka Służby (II)

Data 10236.345
Caine'a nie było wśród atakujących. Przynajmniej nie prowadził ich bezpośrednio. Atakujący zwą się Sępami i traktują walkę ze mną bardzo osobiście. Twierdzą że jestem tyranem, który trzyma całą Gromadę Veraklionu w żelaznym uścisku. Ale w jaki sposób udało im się zgromadzić taką flotę. I jeszcze ta broń. Promień destabilizujący synchronizację SI to technologia pochodząca z Dworców Chaosu i jeszcze ten ich tajemniczy Mesjasz. Caine? Ktoś z Dworców? Dobrze że udało się mi zdobyć jeden nienaruszony niszczyciel. Ten Kamui czasem miewa dobre pomysły, to muszę mu przyznać. Ale skąd ta dziwna reakcja na to że mam karabiny Avalonu. Muszę się dowiedzieć...

Data 10236.491
Czemu oni mnie tak nienawidzą? Członkowie Sępów wierzą bezgranicznie że jestem wcieleniem zła. Nie odkryłem żadnych śladów psychicznej czy chemicznej manipulacji. Gorzej, są zdeterminowani i nie cofają się przed niczym by osiągnąć swe cele. W logach niszczyciela znalazłem informacje o użyciu broni masowego rażenia, i ostrzelaniu celów cywilnych. Sępy nie honorują Konwencji Vegi, którą zaproponowałem wszystkim rasom w Gromadzie. Ja - tyran?? To śmieszne. Nikt nie pamięta już jak wraz z Zatteranami powstrzymałem hordy Magogów? Jak ratowałem cały system kolonii lirańskich przed wielki rozbłyskiem ich gwiazdy, który spopielił całe planety? Plaga czarnej zarazy u Pszczelan, którą pomogłem wyleczyć, nim rozprzestrzeniła się na inne roje? Nigdy nie pragnąłem dla tego Cienia nic więcej, niż tylko spokoju, a teraz nawet moi dawni sojusznicy, czują przede mną strach. Fakt, wykorzystywałem swoją potęgę, tak by żadna ze stron nie mogła zagrozić pozostałym. Czy to znaczy że nadużyłem tej potęgi? Cannabis twierdzi że przy mojej pomocy uda się jej dostroić osłony aby skontrować promień. Ale Martin nalega by ruszyć na Amber i nie mam czasu by się tym zająć. Tyle do zrobienia i tak mało czasu.

Data 10236.998
Avalon nie istnieje albo został skutecznie zablokowany zarówno dla Wzorca jak i dla Logrusu. Niech to szlag. Z tego wszystkiego wystawiłem oddział zatterańskich komandosów na niepotrzebne zagrożenia. Część z nich nie wytrzymała przejścia przez Logrus, i nie zadbałem o ich odpowiednie wyposażenie. Mogłem przewidziec że ich pulsery nie zadziałają. Ładny ze mnie przywódca nie ma co... Z takimi osiągnięciami nie mam co marzyć o ataku na Zamek...

30 kwietnia 2009

Log sesji - Sesja II

Bitwa nad Domem w Veraklionie

Flota piratów zaatakowała siedzibę Musashiego w Veraklionie. Początkowa przewaga liczebna wojsk Musashiego szybko została zniwelowana poprzez użycie dziwnej broni, która zakłóca działanie SI kierującej okrętami jego floty. Musashi nakazuje resztkom zaatakowanych flot wykonać opcję "brander", czyli staranować wroga. Pozostałe floty wycofują się pod siły główne, pod osłoną myśliwców i pól minowych. Amberyci przygotowują się do kontrataku, Martin siada za sterami myśliwca, Blake obejmuje dowództwo nad flotą okrętów z polami maskującymi, by zaatakować wroga z flanki, zaś Musashi i Kamui wybierają bezpośrednią drogę do wroga i za pomocą Logrusu przenoszą się na wrogie statki. W ogniu walk, wychodzi na jaw, iż piraci zwani Sępami, prowadzą jihad przeciw Musashiemu uważając go za tyrana terroryzującego Cień. Broń, której używają do zakłócenia działania Cannabis, SI Musashiego, pochodzi z Dworców Chaosu. Mimo ciężkich strat Amberytom udaje się powstrzymać Sępów i zmusić ich do odwrotu w stronę Sektora Oinarr. Dzięki Kamui, Musashiemu udaje się zdobyć jeden nienaruszony niszczyciel z działem Chaosu. Schwytano także jeńców, którzy zdradzają że za wszystkimi atakami stoi ich tajemniczy przywódca.

Plany i Cienie
Amberyci planują odbić Zamek Amber, znajdujący się w rękach Caine'a, Juliana i Neidara. Aby tego dokonać potrzebują broni, armii, a przede wszystkim informacji. Blake i Kamui mają zinfiltrować Zamek natomiast Martin i Musashi zorganizować armię. Jednakże wzmianka o karabinach Avalonu, powoduje dziwną reakcję Kamui, który spodziewał się, iż tylko jemu Random powierzył opiekę nad tą bronią. Blake i Kamui wracają do Cienia Kamui, w którym nie dzieje się dobrze. Rozpacz Królowej Vialle zaczyna wywierać wpływ na otoczenie. Niewidzialni słudzy Kamui tworzą dziwne wzory i obrazy przypominające wielkiego kruka. Kamui kontaktuje się z Mandorem, prosząc aby odnalazł on osobę, która będzie w stanie pomóc Królowej, po czym zaczyna pleść czar, którym uśpi Vialle, tak by nie mogła wyrządzić otoczeniu więcej szkód. Blake w międzyczasie znajduje dziwną figurkę sowy, przez którą nawiązuje kontakt Atutowy! Kamui zaprzecza by figurka stanowiła jego własność. Analizując Atut Blake trafia do dziwnego Cienia, w którym zostaje zaatakowany przez chmarę ptaków. Tylko jego amberyckie cechy i władza nad Wzorcem pozwalają mu wyjść cało z tej opresji. W międzyczasie Martin, Musashi i grupa komandosów z Konfederacji Zaterrańskiej z Veraklionu udają się poprzez Cienie do Avalonu. Część ich oddziału nie wytrzymuje przejścia przez Logrus a część ginie w ataku dziwnych stworów. Avalon jednak pozostaje odcięty również dla Wzorca...

Log sesji - Sesja I

Musashi

Próbując odnaleźć składnik z którego można wykonać proch do karabinów Amberu, Musashi odwiedza kilkanaście Cieni wiedzony mackami Logrusu, lecz bezskutecznie. Cień Avalon, wydaje się być odcięty lub co gorsza zniszczony. Uznany za zaginionego ojciec - Benedykt- kontaktuje się z nim i nakazuje mu odbić Amber. W swoim własnym Cieniu - Veraklionie - następują tajemnicze ataki piratów, niezwykłe jest to iż piratom udaje się dorównać technologicznie flotom Musashiego i zniszczyć wysłane przeciw nim okręty. Musashi wraca do Veraklionu i zbiera pozostałe siły by rozprawić się z piratami...

Blake
Przygotowania do ślubu z Kaliope, córki króla Karelii, zostają nagle przerwane wielką burzą Cienia. Blake porywa narzeczoną i z wielkim trudem, dzięki władzy nad Wzorcem, ucieka przez Cienie. Z opresji ratuje go Kamui, przeciągając przez Atut do swojego Cienia...

Kamui
Kamui poprzez Atut prosi Musashiego o pomoc w dotarciu do Zamku Amber. Ten wstępnie odmawia, informując go że będzie to możliwe dopiero za dzień czasu. Następny kontakt Atutowy ratuje Blake'a i jego narzeczoną przed burzą Cienia. Poprzez ukryte w dziupli drzewa przejście prowadzi ich do swej kryjówki, w której przebywają już królowa Vialle, żona świętej pamięci króla Randoma i syn króla, Martin. Po upływie dnia Kamui ponownie nawiązuje kontakt Atutowy z Musashim, który zaprasza jego, Blake'a i Martina do swojego Cienia...

W chwili gdy wszyscy znaleźli się w Domu Musashiego w Veraklionie - wielkiej asteroidzie zawieszonej w gwiezdnej przestrzeni, nastąpił niespodziewany atak kosmicznych piratów...

26 kwietnia 2009

Pora do Dworców.


Nad taflą spokojnego jeziora stał siwy, zgarbiony starzec i demon przerastający go dwukrotnie. Powietrze było całkiem nieruchome. Panowała absolutna cisza.
- Piękny cień papcio – zauważył Antares. – Po co mnie tu sprowadziłeś? Raczej nie będziesz mnie dziś uczył malować. Sztalugi zostały w domu.
Wiedział, że Dworkin nie lubił przeciągać farb przez Logrus, niektóre z jego unikalnych kolorów burzyły się (jak zresztą wiele cieczy) po takim wstrząsie.
- To niespodzianka, zamknij oczy… - i nie czekając chwycił rękę syna i rozpoczynając jego przemianę.
- Ciekawe w co nauczy mnie przemieniać się dzisiaj papcio? – Pomyślał młody demon i siadając zamknął oczy. Taka transformacja potrafi długo trwać. Zawsze jednak opłacało się czekać. Tym razem jednak minęło zaledwie kilka chwil gdy procesy się zakończyły, gdyż jego ciało odpowiedziało bardzo energicznie na sugestię Starca. Zupełnie jak woda przelewana z dzbana do dzbana, błyskawicznie i bez wysiłku przyjmująca nowy kształt. Wiedział jednak, że jego ojciec jest mistrzem w zmianie kształtów do tego stopnia, że może nawet tworzyć istoty z własnej krwi. Widocznie tym razem po prostu mu się śpieszyło.
Starzec zakończył przemianę syna. Cofnął rękę i lekko westchnął.
- Co sądzisz o tym gwiazdko?
Antares otworzył usta aby zaprotestować przed nazywaniem go w ten sposób, ale gdy otworzył również oczy jego uwaga została przykuta w stu procentach do odbicia w wodzie. W srebrnej tafli odbijał się młodzieniec w wieku dwudziestu paru lat, o jasnej cerze, jasno szarych oczach i perłowo białych włosach. Jego skóra pozostawała bez najmniejszej skazy czy przebarwienia, w całej sylwetce widać było harmonię i siłę.
- To przerażające. – jęknął prawie dziecięcym głosem. – To potworne. – szybko poprawił się obniżając głos o parę oktaw i kaszląc dla niepoznaki. - Co to za stworzenie?
- Ty, mój chłopcze. – Powiedział Dworkin, a na jego twarzy malował się niezrozumiały w tej chwili dla Antaresa uśmiech.
- Ale… ale… - zająknął się ex-demon.
- Och przepraszam gwiazdko! Powinienem pokazać ci wcześniej trochę humanoidów, żebyś się oswoił, a nie trzymać cię tylko w tej otchłani. Ale to naprawdę ty.
- Jak to ja… Nie wciskaj mi bajek papcio. Wiem jak wyglądam, jak się przemienić jak wrócić… - Antares umilkł, zdał sobie sprawę, że komórki jego ciała wiedziały jak osiągnąć tę formę, to dlatego poszło tak szybko.
- Synu – Dworkin siadając na ziemi zaczął mówić tonem wykładu – Amberyci i Chaosyci mają cztery podstawowe formy. Praktycznie jednak można korzystać z dwu. Formę Chaosu znasz, teraz patrzysz na formę amberycką. Pozostają jeszcze forma pierwotna, ale pamiętaj, że do niej przechodź tylko w ostateczności, gdyż mimo swojej zdolności ciągłego shape-shiftu i dostosowywania się warunków otoczenia, forma ta zabierze ci świadomość.
- To jak z niej wrócić papcio?
- Ktoś musi ci pomóc, albo musisz znaleźć się w tak bezpiecznych warunkach by forma zasnęła, pozwalając na uaktywnienie się twojej psychiki. Nie jest to łatwe bo ona nie musi spać. Z pomocą innych osób też nie jest łatwo, bo albo uciekasz przed wszystkim co potencjalnie groźne albo walczysz z tym.
- A ostatnia forma? – Antares był szczerze zainteresowany.
- To Avatar – Dworkin chwilę się zastanawiał nad czymś. – Dla Amberytów to forma jakiegoś mitycznego zwierzęcia a dla Chaosytów to czysty żywioł. – Znów zamilkł na chwilę. – Choć są wyjątki.
Wstał i wyciągnął Atut, przez chwilę się koncentrował a potem rozpoczął rozmowę. Antares taktownie wyshiftował sobie parę błoniastych skrzydeł, a przy okazji trochę piegów i parę zniekształceń i odleciał aby nie słyszeć rozmowy. Cieszył się dłuższą chwilą szybowania w spokojnym powietrzu zanim zawołał go ojciec.
- Pójdziesz do Dworców Chaosu uczyć się jak przejść Logrus. Dowiesz się o Nim wszystko co konieczne by nim władać. Ja nie jestem tam mile widziany, dlatego zajmie się tobą wujek Mandor. Słuchaj jego poleceń jakby były moje,… albo może lepiej nie jak moich bo wpadniesz w kłopoty, a nawet śmiertelne zagrożenie. Zrozumiałeś mnie?
- Tak papcio. – Przytaknął chłopak, zaskoczony kategorycznym tonem ostatnich zdań. Patrzył jednak z niedowierzaniem, w taflę wody gdyż jego ciało powróciło do formy amberyckiej, wykorzystując chwilę gdy rozproszył uwagę, skupiając się na skrzydłach.
- Nie opuszczaj Dworców. – Ciągnął starzec.
- Tak papcio. – Znów przytaknął młodzik.
- Nie rozmawiaj z nikim bez obecności Mandora.
- Tak papcio. – Ton Antaresa stawał się coraz mniej przekonujący.
- Nie używaj publicznie form podstawowych. – Ciągnął Dworkin.
- Oczywiście papo. – Antares był już zupełnie nieobecny.
Jednak błyskawicznie powrócił do rzeczywistości gdy jego ciałem szarpnęło potężne zaklęcie. Zerknął najpierw na ojca a potem na taflę jeziora ale nic się nie zmieniło, wyglądał tak samo jak przedtem.
- Co zrobiłeś ojcze? – Zapytał z wyrzutem chłopak.
- Nic jeśli rzeczywiście mnie posłuchasz. – Odparł starzec z nutką złośliwości. – Wiesz,… ppotrafisz czasem doprowadzić mnie do szewskiej pasji. Dobrze, że jesteś jeszcze przewidywalny… prawie.
A teraz użyj tej karty i idź do wujka Mandora. Spotkamy się jak przejdziesz Logrus.
Ucałował syna w czoło i zniknął.
- I nie mów do mnie gwiazdko. - Powiedział w pustkę nachmurzony Antares. Odwrócił się na pięcie i poszedł zrobić coś z tym fatalnym wyglądem zanim pokaże się wujkowi na oczy.